e-Księgarnia Wydawnictwa Naukowego SILVA RERUM

63.00 brutto

/I wyd./ Wulgaryzmy w języku kibiców na stadionach piłkarskich, czyli „Polska grać, k… mać!” – Agnieszka Dokowicz

Koszt przesyłki kurierskiej: 10 zł
Czas realizacji: 2-3 dni robocze
Przy zamówieniu powyżej 5 egz. jednego tytułu oferujemy rabat w wysokości 50% ceny regularnej. Rabat zostanie naliczony automatycznie po dodaniu pozycji do koszyka.

Brak w magazynie

Autor (kliknij w nazwisko, aby przejść do biografii): SKU: 73 Kategorie: , ,

Spis treści:
Od Autorki 12
Summary
Vulgarisms of Polish football fans – Poles, roll the ball! And fuck it all!/
Poland, good luck! Don’t give a fuck! 17
* * * 18
Zamiast wstępu 20
Wprowadzenie 22
Rozdział I
HISTORIA PIŁKI NOŻNEJ 28
Rozdział II
PSYCHOLOGIA TŁUMU 31
1. Pojęcie tłumu 31
2. Definicje tłumu 32
3. Cechy tłumu 33
4. Rodzaje tłumów 34
Rozdział III
KIBICE – ZJAWISKO SPOŁECZNE 37
1. Subkultura 37
2. Szalikowcy 39
3. Kodeks szalikowca 43
4. Struktury 44
5. Zgody i kosy 46
3. Przywódcy 47
4. „Polska kibolska” 48
5. Droga na stadion 54
6. Ustawki 56
7. Zadyma – istota kibicowania? 56
8. Heysel – dzień, w którym umarł futbol 59
Rozdział IV
WULGARYZMY 63
1. Wulgaryzmy 63
2. Pojęcie przekleństwa i wulgaryzmu 66
3. Powody używania wulgaryzmów 68
a) Gdy trzeba rozładować napięcie 71
b) Gdy boli jak cholera 72
c) Gdy brakuje słów 72
d) Gdy ważna jest licentia poetica 74
e) Gdy trzeba zademonstrować siłę 80
f) Gdy chce się być trendy… 81
4. Regulacje prawne dotyczące wulgaryzmów 81
5. Wytrzymałość kibica 83
Rozdział V
DEFINICJE SŁOWNIKOWE NIEKTÓRYCH WYRAŻEŃ UŻYWANYCH NAJCZĘŚCIEJ PRZEZ KIBICÓW PIŁKARSKICH 85
Rozdział VI
POEZJA KIBICA 89
1. Schemat komunikacji językowej 89
2. Funkcje tekstów językowych 94
a) Funkcja informatywna 94
b) Funkcja ekspresywna 94
c) Funkcja impresywna 94
d) Funkcja fatyczna 94
e) Funkcja poetycka 95
3. Rola wulgaryzmów w języku kibiców piłkarskich 95
4. Recepta na wulgaryzmy? 97
5. Curva forever? 98
ZAKOŃCZENIE 100
Aneks 102
ZESTAWIENIE TEKSTÓW SKANDOWANYCH PRZEZ KIBICÓW PODCZAS ROZGRYWEK PIŁKARSKICH 102
• ARKA GDYNIA 102
• CRACOVIA 103
• GKS KATOWICE 103
• GÓRNIK ZABRZE 103
• JAGIELLONIA BIAŁYSTOK 103
• KORONA KIELCE 103
• LECH POZNAŃ 104
• LECHIA GDAŃSK 104
• LEGIA WARSZAWA 104
• ŁKS ŁÓDŹ 106
• MOTOR LUBLIN 107
• ODRA OPOLE 107
• PIAST GLIWICE 107
• POGOŃ SZCZECIN 107
• POLONIA WARSZAWA 107
• RAKÓW CZĘSTOCHOWA 107
• RUCH CHORZÓW 108
• ŚLĄSK WROCŁAW 108
• WIDZEW ŁÓDŹ 108
• WISŁA KRAKÓW 109
• ZESTAWIENIE TEMATYCZNE: 111
• POLICJA 111
• PZPN 112
• SĘDZIA 112
Bibliografia 113
Literatura /monografie, artykuły/ 113
Strony internetowe 117
Akty prawne, ustawy 118

Wstęp (PL/EN)

Ze wstępu:
Filozofowie nazywali sport zadziwiającym zjawiskiem XX wieku, a o piłce nożnej mówią, że jest jego fenomenem. Jednak z pewnością ani filozofom, ani całym rzeszom psychologów i socjologów nie śniło się, że na fundamencie zjawiska „futbol” powstanie zjawisko „kibice”, a nawet – „kibole”. Problem dużo bardziej złożony, wielowymiarowy i – co tu dużo kryć – bardziej kolorowy niż szara i bezbarwna niekiedy piłka nożna, zwłaszcza w krajowym wydaniu.
Książka jest zapisem haseł usłyszanych przez autorkę na stadionach i wyczytanych na murach podczas jej pracy dziennikarza sportowego w latach 90-tych. Jest również nieśmiałą próbą analizy zjawiska kibiców jako subkultury wyrosłej w oparciu o psychologię tłumu, subkultury posiadającej swoją gwarę, opartą – niestety – w większości o wulgaryzmy. Czasami rzucane, ot tak, ekspresyjnie i w sposób niezorganizowany, ale czasami ubrany w rymy, rytmy, strofy i… wiersze.
I choć Artur Andrus podjął swego czasu nieśmiałą próbę zmiany języka na stadionach piłkarskich, to ani jemu, ani jemu podobnym sukcesów nie należy chyba wróżyć. Czyżby zatem kibic bez wulgaryzmów był jak Egipt bez piramid, raj bez Ewy, a Paryż bez wieży Eiffla?…
Pozycja przeznaczona jest dla… wszystkich pełnoletnich (oczywiście, wyłącznie ze względu na wulgaryzmy!) czytelników. Powinna zadowolić zarówno kibiców sportowych, miłośników publikacji socjologicznych, jak i językoznawców. W końcu na piłce nożnej zna się w Polsce każdy!

Summary
Vulgarisms of Polish football fans – Poles, roll the ball! And fuck it all!/Poland, good luck! Don’t give a fuck!
Philosophers called sport an amazing phenomenon of the 20th century but the biggest of it all was the football. But certainly neither philosophers nor the whole multitudes of psychologists and sociologists, couldn’t dream that on the foundation of the football phenomenon will up rise a football fan phenomenon or rather football hooligan. This phenomenon is much more complex, multivariate and unfortunately, much more colourful and exciting than the grey and sometimes boring football especially its national edition.
The book is a compendium of some passwords overheard by the author on the stadiums and read on the walls, during her work as sports journalist in the 90’s. It is also a timid attempt of an analysis of the football hooligan phenomenon as a subculture that grew based on the psychology of the crowd, a subculture that owns his jargon, unfortunately based mainly on vulgarisms. Sometimes interposed just like that, expressively and in a disorganized manner, but sometimes dressed in rhymes, rhythms, verses and lines. And although Artur Andrus has recently timidly attempted to change the language in football stadiums, neither he nor other people like him should not be successful in this matter. Could it be that a football fan without profanity would be like Egypt without the pyramids, the Eden without Eve or Paris without the Eiffel tour?
This book is intended for all adults (of course, only because of the vulgarisms). It should satisfy both sports fans, fancier of sociological publications and linguists. In the end everybody in Poland is familiar with football.

Od Autorki

Słowo od Autorki: “Sport to moje życie”
Sport to moje życie. Zawdzięczam je mojej Mamie. Dosłownie i w przenośni. Choć niemal urodziłam się na boisku do siatkówki, bo Mama była trenerem szkolnej drużyny, to w naszym domu uprawiało się i oglądało wszystko, co było dostępne. To pierwsze okazało się nawet łatwiejsze, więc jako czterolatka umiałam pływać, a jako siedmiolatka – jeździć na nartach. Tę drugą ewentualność ograniczało istnienie dwóch programów telewizyjnych na czarno-białym telewizorze BERYL. Takie to były czasy.
Kiedy w 1976 roku nasi siatkarze zdobywali złoty medal olimpijski, miałam 5 lat. Ze względu na różnicę czasu mecz transmitowano w nocy i oczywiście nie mogłam go oglądać, ale opowieści o nim słyszałam tyle razy, że naprawdę mam wrażenie, jakbym go wtedy rzeczywiście widziała. Za to zupełnie świadomie oglądałam już cztery lata później transmisję z Igrzysk Olimpijskich w Moskwie i słynny gest Kozakiewicza.
Piłka nożna pojawiła się w moim życiu dość naturalnie. Zwłaszcza że wtedy jeszcze odnosiliśmy w niej sukcesy! Zamiast fotosów aktorek i piosenkarzy miałam na słomianej makatce nad łóżkiem wycięte z tygodnika „Sportowiec” zdjęcia Włodzimierza Smolarka. Takie to były czasy.
Pierwszym turniejem piłkarskim, który w całości obejrzałam w telewizji, był Mundial w Hiszpanii w 1982 roku. Do dziś potrafię wyrecytować z pamięci cały skład naszej reprezentacji z numerami na koszulkach: 1 – Józef Młynarczyk, 2 – Marek Dziuba, 3 – Janusz Kupcewicz… i tak dalej. Mama przynosiła ze szkoły „Przegląd Sportowy”, a ja wycinałam z niego wszystkie zdjęcia, przepisywałam tabele i robiłam dziennik. Już po mistrzostwach coś podobnego ukazało się w druku pod tytułem „Mundialowy dziennik Antoniego Piechniczka”. Ten mój wcale nie był dużo gorszy…
Moja Mama miała teorię, że naszym piłkarzom lepiej idzie, kiedy Ona jest w kuchni i nie ogląda meczu. Jednak podczas tamtego Mundialu w Hiszpanii nie mogła usiedzieć nawet w kuchni, więc brała ledwie wypełniony kosz na śmieci (wtedy jeszcze nie było worków) i szła je wyrzucić. Wydawało Jej się, że wtedy nie usłyszy komentatorów i nie będzie wiedziała, co dzieje się na boisku. Nic bardziej mylnego. Był czerwiec, letnie wieczory. A na naszym osiedlu we wszystkich mieszkaniach pootwierano okna. Krzyk ludzi i głos Jana Ciszewskiego odbijał się echem między blokami. Dzisiaj rozumiem moją Mamę, też czasami przełączam telewizor na inny kanał w obawie przed zawałem serca. Mój dwudziestoletni obecnie siostrzeniec Piotrek śmieje się ze mnie, że najlepiej ogląda mi się te mecze, których wynik już znam (i jest oczywiście korzystny), ale gdyby miał to szczęście poznać moją Mamę, a swoją Babcię, wiedziałby, że to rodzinne.
Zarówno w szkole podstawowej, jak i w liceum wszyscy wiedzieli, że jestem maniakiem sportu. Kiedy w 1986 roku podczas Mundialu w Meksyku przychodziłam nieprzytomna do szkoły, bo mecze rozgrywane były o północy naszego czasu, nauczyciele dawali mi taryfę ulgową i nie wzywali do odpowiedzi. Moje koleżanki natychmiast wpadły na pomysł, żeby również używać takiej wymówki, ale padały na pierwszym pytaniu dotyczącym przebiegu meczu. Mnie nikt nie podejrzewał o udawanie. Kiedy w klasie maturalnej większość moich rówieśników miała mgliste pojęcie o tym, co chciałaby w przyszłości robić i wybór studiów traktowała raczej jako przypadkowy, z opcją „potem się zobaczy”, ja dokładnie wiedziałam, jaki jest plan – chciałam być dziennikarzem sportowym. Wtedy jeszcze nie było na UAM w Poznaniu kierunku dziennikarstwo, tylko specjalizacja na Wydziale Nauk Politycznych. Wybrałam zatem filologię polską, choć już w czasie studiów dowiedziałam się, że większość kolegów z mojej pierwszej redakcji, tygodnika „Poznaniak”, studiowała na innych kierunkach. I że studia dziennikarskie wcale nie gwarantują bycia dziennikarzem. Bo pisać się umie albo nie.
Od drugiego roku studiów pracowałam w gazecie. Wcześniej nie było w niej działu sportowego, tylko incydentalne teksty o tematyce sportowej. Kiedy podczas pierwszej rozmowy naczelny zapytał, o czym chciałabym pisać, to odpowiedziałam, że mogę o wszystkim, ale jeśli mam wybór, to oczywiście o sporcie. Mój pierwszy w życiu reportaż o zielonogórskim biznesmenie Zbigniewie Morawskim, który przejął żużlową drużynę Falubazu i już w pierwszym sezonie zrobił z nich mistrzów kraju, trafił na okładkę. Dostałam etat, a w „Poznaniaku” pojawiła się stała rubryka sportowa. Musiałam jedynie obiecać, że moje studia nigdy nie będą kolidowały z pracą. Naczelny traktował mnie, jak każdego innego dziennikarza, ale nie chciał słyszeć o moich kolokwiach, sesjach i egzaminach. I nie usłyszał.
Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam, kiedy pierwszy raz poszłam na pierwszoligowy mecz piłkarski. Na pewno było to już na studiach, bo wcześniej oglądałam jedynie trzecioligowe zmagania Pogoni Świebodzin. Ale ponieważ nasza redakcja mieściła się dokładnie naprzeciwko stadionu Lecha, więc prawdopodobnie było to w Poznaniu. Chodziłam na mecze prywatnie i służbowo. Jeździłam po całej Polsce na mecze ligowe, pucharowe i międzynarodowe. Pisałam reportaże, robiłam wywiady i… zbierałam materiały do pracy magisterskiej. Bo już wtedy wiedziałam, jaki mam na nią pomysł. Na pierwszym seminarium magisterskim profesor Bogdan Walczak pytając kolejnych studentów, o czym chcieliby pisać, słyszał najczęściej, że jeszcze nie wiedzą i czekają na sugestie. Kiedy przyszła moja kolej wyrecytowałam jednym tchem, że moja praca magisterska będzie o języku kibiców piłkarskich, że rozpocznie się cytatem z „Wojny futbolowej” Ryszarda Kapuścińskiego, że w poszczególnych rozdziałach znajdzie się to i to, że będzie zawierała słownik i zebrane przez lata przyśpiewki. Trochę się bałam, że nie zatwierdzi tych wulgaryzmów, ale kiwnął głową i powiedział, że nie muszę przychodzić na seminarium i że spotkamy się na obronie.
Jeździłam więc dalej po stadionach i zbierałam materiał. Miałam dyktafon (w tamtych czasach na zwykłe kasety magnetofonowe), ale nie był najwyższej jakości, więc na wszelki wypadek zapisywałam wszystko w specjalnym zeszycie. Czasami nie mogłam go wyjąć, bo albo było za ciasno w wypchanym po dach specjalnym pociągu, który wiózł kibiców na mecz, albo po prostu bałam się reakcji szalikowców, więc starałam się zapamiętać jak najwięcej. Spisywałam też hasła z murów, bram stadionów, przejść podziemnych i transparentów. Przydać mogło się wszystko. Umawiałam się też na wywiady z przywódcami kibiców. To dopiero było wyzwanie. Słuchałam, jak mówią: „Inni wierzą w Boga, ja wierzę w Lecha”, jak świecą im się oczy, gdy opowiadają o kolejnych zadymach, oczywiście, w imię miłości do ukochanej drużyny. Zrobiłam z tego duży reportaż z cytatami z ich opowieści. Podpadłam. Już po ukazaniu się artykułu usłyszałam, że nie tego się spodziewali, że chcieli, żeby to był wywiad, taki jak ze Zbigniewem Bońkiem i że będzie dla mnie lepiej, jak nie pokażę się więcej na stadionie przy ulicy Bułgarskiej (stadion Lecha).
Finałowy mecz turnieju olimpijskiego w 1992 roku w Barcelonie oglądałam w domu Marzeny Brzęczek, żony Jerzego Brzęczka, kapitana naszej reprezentacji. To miał być reportaż o tym, jak bliscy piłkarzy przeżywają ich mecze. Marzena była wtedy w zaawansowanej ciąży; dziś, kiedy to sobie przypominam, nie mogę się nadziwić, jak dawała radę i co czuła, gdy jej mąż leżał na murawie. Zamiast oglądać mecz i pisać reportaż martwiłam się o to, by kobieta zdrowo i bezpiecznie dotrwała do ostatniego gwizdka.
Często słyszałam zarzuty, że po co ja się pcham na te stadiony. Że po pierwsze to niebezpieczne, a po drugie – przecież w telewizji widać znacznie lepiej. Jedno i drugie bywa prawdą, ale to nie to samo. Widziałam stadionowe zadymy i uliczne walki kibiców. Byłam na stadionie w Chorzowie, kiedy zginął człowiek i na stadionie w Warszawie, kiedy runęło ogrodzenie, polała się krew, a na boisko wkroczyła policja konna i armatki wodne. Nie wiem, czy dziś miałabym tyle odwagi, choć jednak – mimo wszystko – uważam, że współczesne stadiony są bezpieczniejsze, ale wtedy w ogóle o tym nie myślałam. Takie to były czasy.
Ile razy nie chciało mi się jechać na mecz, zwłaszcza gdy musiałam wstawać w środku nocy. Tak było w przypadku wszystkich meczów na Śląsku. Pociąg z Poznania był o 5.55 i przyjeżdżał do Katowic około godziny 11.00. Nie można było jechać później, bo do 12.00 należało odebrać akredytację w biurze prasowym. A mecz rozpoczynał się o 20.00. Snuliśmy się więc z fotoreporterem po Katowicach, czasami szliśmy do kina, czasami siedzieliśmy na dworcu (przypominam, że były to wczesne lata 90-te, bez Internetu, Empiku i setek innych przytulnych miejsc). Potem jechaliśmy do Zabrza specjalnym pociągiem dla kibiców – bez otwierających się okien, najczęściej bez siedzeń, za to z tłumem podchmielonych kiboli albo szliśmy z nimi piechotą, otoczeni kordonem policji, bo fotoreporter musiał przecież zrobić zdjęcia. Byłam niewyspana, bolała mnie głowa, sama siebie pytałam, co ja tu robię. Ale kiedy przekraczałam bramy stadionu, słyszałam szmer trybun, trąbki, gwizdki, piszczałki – mijało wszystko. I to ja pytałam, jak można zamienić tę atmosferę na transmisję w telewizji.
Piłka nożna to męski sport, niezależnie od tego, jak grają Brazylijki i ile kobiet przychodzi na mecze. Na konferencjach prasowych zwykle bywali sami mężczyźni: dziennikarze, operatorzy, fotoreporterzy, stewardzi, ekipy techniczne i organizatorzy. Dlatego w tamtych czasach najczęściej rozpoczynały się one słowami: „Witam panów na dzisiejszej konferencji”. Długo trwało zanim moja twarz opatrzyła się organizatorom konferencji na tyle, że mówili: „Witam panów… o przepraszam… witam panią redaktor i panów na dzisiejszej konferencji”.
Materiał wyjściowy do pracy magisterskiej zebrałam w trzy lata. Najpierw planowałam, by zawrzeć w nim wszystkie przyśpiewki i okrzyki, ale potem zdecydowałam się na wyselekcjonowanie tylko tych, które mają formę wierszowaną, czyli poetycką. Wydawało mi się, że sam okrzyk „sędzia chuj”, choć może statystycznie najczęstszy na naszych stadionach, jednak pod względem naukowym nie rozwija szczególnie mojej pracy. Analizowałam zatem tylko te „utwory”, które miały rymy, rytmy i wersy. Trochę żałowałam, że nie można było mojej pracy uzupełnić o materiały dźwiękowe, bo na pewno by ją to uatrakcyjniło, ale takie to były czasy.
Moja praca, mimo że tak naprawdę gotowa na długo zanim zaczęłam ją pisać, nie powstała na piątym roku studiów. Nie powstała też w roku następnym. Odejście mojej Mamy zburzyło wszystkie kalendarze, zawodowy i prywatny, ale to właśnie pamięć o Niej sprawiła, że wreszcie zaczęłam pisać, choć przecież nikt w redakcji nie wymagał ode mnie dyplomu. Byłam członkiem zespołu, ze stałą umową o pracę, ukończenie studiów zawodowo nie dawało mi nic, poza prawem do dłuższego urlopu, który i tak od lat miałam niewykorzystany. Praca powstała w ostatniej możliwej chwili, zgodnie z wymogami uczelni, inaczej musiałabym chyba powtarzać piąty rok. Ale względnie łatwo pisało się coś, co od wielu miesięcy i tak było już poukładane w głowie.
Nie od razu miałam pomysł, żeby ją wydać. Długo dojrzewałam do tej decyzji. A poza tym – niestety – ciągle było i jest ją o co uzupełniać.
Dziś moja podstawowa działalność zawodowa nie wiąże się ze sportem, choć ciągle nie zrezygnowałam z dziennikarstwa i w wolnych chwilach piszę o sporcie. Ale nie przestałam chodzić na mecze, więcej – zaczęłam nawet jeździć na nie za granicę. Jestem trochę „uzależniona” od bezpośrednich transmisji, jeśli czegoś nie mogę obejrzeć w telewizji, szukam tego w Internecie, ale nadal uważam, że tylko trybuny na stadionie dają prawdziwe emocje. Nawet wtedy, gdy wyraża się je głównie za pośrednictwem wulgaryzmów.
Pamięci mojej Mamy…
Agnieszka Dokowicz