Aktualności

Przechwytywanie

Rozmawiamy z Romanem Komassą, artystą – baletmistrzem, poetą i rysownikiem.

Rodziny artystów baletu – wyjazdy służbowe i rozłąka – praca zarobkowa i konsekwencje – rozbite rodziny – i utrata kontaktu z dziećmi. Artysta robi karierę, a rodzina cierpi? Tak to wygląda w praktyce?

Niestety tak. Jeśli artysta traktuje ten zawód poważnie i poświęca swój potencjał duchowy sztuce, to otoczenie i bliscy mogą z tego powodu cierpieć. Choć bywają wyjątki, że to właśnie rodzina i dzieci motywują do wytężonej pracy. U artystów baletu dochodzi jeszcze jeden istotny czynnik: przemęczenie fizyczne. Ono może powodować, że artysta baletu zaniedbuje obowiązki rodzinne. Oczywiście ta kwestia pozostaje otwarta, bo każdy z nas ma inne wychowanie i priorytety. Istotnym czynnikiem w prowadzeniu gospodarstwa domowego jest pomoc dziadków – oni mogą odgrywać ważną rolę w życiu baletnic i tancerzy. Szczególnie kiedy wśród baletowej rodziny są związki małżeńskie tej samej grupy. Proszę sobie wyobrazić codzienny tryb pracy: od 10.00 do 14.00 próba, potem krótka przerwa do 18.00 i ponownie próba do 22.00. Ten grafik pomnóżmy przez miesiące i lata. Daje nam to obraz ciężaru i braku czasu na inne rzeczy. Normalne życie i usystematyzowany tryb funkcjonowania u przeciętnej rodziny wyglądają raczej inaczej. Kolejnym wyzwaniem logistyki artystycznej rodziny są wyjazdy zarobkowe, czyli tournee, które wspomagają budżet domu. W niektórych przypadkach wyjazdy za granicę są związane z utrzymaniem lub zwiększaniem prestiżu artystycznego danego kraju i kulturalnej placówki. Częste wyjazdy niewątpliwie przynoszą negatywne skutki w relacjach rodzinnych. Kiedy mąż czy żona przebywa kilka miesięcy w roku poza domem, mogą pojawić się problemy. Może np. dojść do rozwiązłości, pokus nigdy nie brak, może to być oczywiście spowodowane częstym kontaktem fizycznym, od którego wszystko się zaczyna. Rodziny zawodowych tancerek i tancerzy, mogą chyba bardziej się ustrzec pokusom, jeśli są ciągle razem i tworzą parę. Choć nie ma reguły. Byłem świadkiem przedziwnych konstelacji partnerskich w artystycznych rodzinach, w których nic mnie nie dziwiło. Stanowiło raczej pewną normę i oczywisty bieg wydarzeń.

A co do dzieci, o które też Pani pytała. One potrzebują przytulania, bliskości, fizycznej obecności rodziców. Jeśli ich nie ma, powstaje pustka, której nigdy nie można wypełnić. Żadne przywiezione prezenty nie uleczą smutku i tęsknoty za kochaną mamusią i tatusiem, których nie ma. Cena tego rozstania chyba zawsze przerasta artystów sztuki baletu. To gorzka prawda o cenie poświęcenia się sztuce. Czy warto? Ocenę pozostawiam artystom i artystkom. Mogę im doradzić, aby roztropnie zakładali rodzinę, tzn. uwzględniali czynnik rozstań i pożegnań ze swoimi pociechami. Kiedy dziecko przychodzi na świat, nigdy nie powinno się go zostawiać na dłużej, nawet za cenę kilku tysięcy euro!

Sztuka jako druga żona i kochanka, a może nawet – pierwsza żona i jedyna kochanka. Zachłanna, jedyna. Tak jest?

Ponownie muszę przytaknąć. Sztuka nie znosi kompromisów. W jej ,,łożu” nie ma miejsca na trójkąty i zdrady. Jeśli któryś z artystów zaczyna chadzać na boki, to sztuka zniweczy wszelakie zamiary powrotu i przebaczenia. Ona zawsze żąda wierności, wytrwałości i pełnego oddania. Wręcz niewolniczej posługi, miłości platonicznej, ale bezwarunkowej. Myślę, że czas nie ma dla niej znaczenia, poświęcenie musi być zawsze pełne. Powoduje to konflikt z realnym życiem i rani kochane przez nas osoby. Każdy artysta baletu czy innego rodzaju sztuki musi się mieć na baczności. Bo sztuka czerpie z nas wszystko, co najlepsze. Powtórzę więc: wierność sztuce niesie konsekwencje. Przed nimi nie można się ustrzec. Sztuka czasem wypełnia ciało i staje się niewygodna. To oznaka jej obecności, wtedy wiem, że żąda poświęcenia. Tej bliskości, którą często odbieram bliskim mi ludziom.

Czy faktycznie jest sporo rozbitych rodzin wśród tancerzy i tancerek?

Nie liczyłem, i chyba bym się nie doliczył, kto i jak się kojarzy i potem rozwodzi. Stan tego związkowego i bezzwiązkowego obcowania tancerek i tancerzy z pewnością ma rotacyjne podłoże. O „lirycznych duetach’” w hotelowych pokojach mógłbym napisać poemat. Ale podkreślę: znaczna część artystek i artystów baletu, dochowuje wierności, to nie jest bowiem jakaś niebywale rozwiązła grupa zawodowa. Chyba wszystko mieści się w normie, trudno mi to jednak oczywiście określić w procentach.

Jakie są powody rozpadających się związków? Jak już wspomniałem, artyści baletu notorycznie przebywają poza domem. Grupy są małe, z reguły zespół liczy 30–60 osób, wszyscy się znają i ciągle przebywają razem. Z reguły są to młodzi ludzie, z wigorem ciała i o pięknych sylwetkach. To może być powodem niszczenia trwałych związków. W przypadkach, kiedy artyści baletu tworzą stałe związki między sobą, może też dojść do sytuacji, gdy taniec z innym członkiem zespołu, wywoła zazdrość u partnera. Czasem zatem związek między artystami baletu służy im, a czasem lepiej dla pary jest, gdy jedno z nich jest spoza zespołu. Optymistycznie powiem, że balet inspirować w poszukiwaniu piękna.

Zna Pan bolesne rodzinne historii kolegów i koleżanek ze sceny?

No jasne, że znam. Zebrałoby się tego chyba ze dwa tuziny. W latach 80., każdy wyjazd za granicę, męża czy żony z zespołu baletowego w celu emigracyjnym kończył się długą rozłąką, stanowiło to główny powód przerwania więzi małżeńskich. Znałem pewnego solistę baletu, który miał wspaniałą rodzinę i piękną żonę. W trakcie wyjazdu zagranicznego uległ pokusie i z koleżanką z zespołu nawiązał romans, który przerodził się w miłość – konsekwencją tego związku stało się rozbicie rodziny. Dzieci stały się ofiarami tego rozstania rodziców. Sukcesy zawodowe nie zawsze przynoszą radość.

Ale znam też pozytywne przypadki, kiedy koledzy z mojego zespołu wyjeżdżali za granicę w celach emigracyjnych, dochowywali wierności małżeńskiej.

Sam Pan przeżył trud rozstań podczas scenicznych wojaży?

Czas nie leczy ran. Pojawia się myśl, że życie tak się potoczyło, a nie inaczej. W moim przypadku sztuka nie zawsze była pierwszą damą na piedestale miłości. Okres mojej osobistej kariery zawodowej w Teatrze Wielkim w Łodzi był obfity w wyjazdy zagraniczne. Podbój scen Europy i świata zajmował mi trochę czasu, pojawiał się więc problem mojej nieobecności w domu. Kiedy mój synek dorastał, mnie nie było. Utracone momenty z jego życia uciekły i nie wrócą. Czy udało mi się zrekompensować mu w czasie wspólnych zabaw moją nieobecność ? Może w minimalnym stopniu, choć tego do końca się nie dowiem. Może była żona wie o tym trochę więcej. Po latach spędzonych na scenie i poza nią wiem, że świat sztuki wymusza pewne zachowania. Na takiej drodze zawodowej często zapominamy o rzeczywistych potrzebach bliskich. Egoizm artystyczny niestety zwycięża. Może kiedyś byliśmy bardziej wystawieni na pręgierz egzystencji niż teraz. Kiedy granice były zamknięte i potrzeby materialne były ograniczone, a każdy wyjazd zagraniczny przynosił dewizy i pewien spokój, że starczy do pierwszego, że stać było nas na zakupy dla dziecka w Peweksie… W tamtym okresie mojego życia następowały szybkie zmiany, sezony artystyczne i praca pierwszego tancerza Polski miały swój wydźwięk publiczny. Scena była moim domem, role w repertuarze Teatru Wielkiego w Łodzi mogły mnie całkowicie zadowolić, czułem się spełniony zawodowo. Ale sukces ma często podwójne dno, które prędzej czy później może pęknąć i wyleje się gorycz i kłopoty dotyczące niezrozumienia partnerki czy partnera. Kiedy nie można się wycofać i wszystko, co cię otacza, prze do przodu, w imię sztuki i anturażu wokół niej, typu bankiety i wywiady popremierowe w gronie wielbicieli. Dzisiaj, kiedy spojrzę w przeszłość, widzę ciągle mojego syna, który rozkłada klocki Lego, które przywoziłem z Niemiec aby go rozweselić.

A z drugiej strony właśnie jest ta nowa rodzina, sceniczna, artystyczna, rodzina, w której wszyscy rozumieją się bez słow. Rywalizując, tworzą niezwykłą wspólnotę doznań i przeżyć innych niż wszystkie.

Podobno z rodziną się tylko dobrze wychodzi na zdjęciach. Oczywiście nie umniejszam przyjaźni w zespołach baletowych. Atmosfera podczas prób może być różna i trzeba mnóstwo cierpliwości, kiedy jeden lub jedna z tancerek zespołowych ciągle popełnia błędy, a pozostali muszą powtarzać po raz dziesiąty tę samą sekwencję. Czasami ma się słabszy dzień i zespół musi cierpieć wspólnie, aby doszlifować linię. Przed premierą zawsze wzrasta napięcie, wszyscy ściskają się nawzajem i pocieszają, jakby to była chwila przed bitwą, w której trzeba oddać życie. Trochę życia się zostawia na scenie, szczególnie w czasie premiery. Pamiętam, że kiedyś ktoś się nabawił kontuzji i trzeba było szybko zrobić nagłe zastępstwo. Stres tancerzy i tancerek zawsze wtedy sięga zenitu, czy wszystko się uda, czy nie będzie blamażu i totalnej klapy. W takich sytuacjach poznaje się baletową rodzinę, że każdy członek tej małej społeczności może polegać na drugim. Zwieńczeniem tego wysiłku są zawsze brawa widowni, a gdy te odbywają się na stojąco, to artyści są dumni z całego zespołu. W takich momentach wszelakie animozje zanikają, z wyjątkiem może ukrytej zazdrości drugiej obsady, która czyha na swoje pięć minut. Bez konkurencji nie byłoby silnych gwiazd na operowych scenach. Kiedy wszystko dobiega końca, zespoły spotykają się na bankietach – tych oficjalnych i półoficjalnych w garderobach. To są chwile beztroskiego szaleństwa, szczęścia, że wszystko się udało tego wieczora.

Nasuwa mi się tutaj analogia z policjantami. Praca może ich potrafi pochłonąć niemal całkowicie, tracą rodziny, rozpadają się ich małżeństwa. Profesja niby skrajnie różna, ale zaangażowanie bywa podobne. Tam – dobrze się rozumiejąca policyjna rodzina, tutaj – baletowa. Wspólnota doświadczeń łączy bardziej niż cokolwiek innego.

Sztuka baletowa to funkcjonowanie na najwyższych obrotach, mnóstwo emocji przeżywanych w blasku scenicznych reflektorów i pośród burzy braw. Jak to pogodzić ze zwykłym życiem i obieraniem kartofli czy sprzątaniem?

Proszę mi wierzyć, że po takich emocjach lądowanie na Księżycu nie robi różnicy, do zwykłego dnia trzeba się po prostu ponownie dostosować, kiedy wewnętrzny głos ciągle pozostaje jeszcze na scenie, a ciało, choć zmęczone, podświadomie wykonuje ten sam układ choreograficzny. Potem nastaje chwila wyczekiwania na recenzje krytyków baletowych. Niekiedy zdarzają się spontaniczne wywiady w radiu, rzadziej w telewizji. Myślę, że powinno się dzielić emocjami z bliskimi, aby pozwolić sobie na zrzucenia stresu popremierowego. Tego niewidocznego obciążenia, które zalega w każdym wykonawcy spektaklu. Przejście do prozaicznych czynności może odprężyć – ja chętnie spędzam wtedy więcej czasu z naturą, spacerując pośród drzew, nie zapominając o brudnych oknach, które chętnie myję. Proza dnia z pewnością przywraca równowagę, aby w tym upojeniu sztuką nie popaść w bezkresne uzależnienie. Choć kuchnia domowa może czasami przerodzić się w scenę…

Kiedyś przeprowadzałam wywiad z Marią Stochajową, śpiewaczką w poznańskim Teatrze Muzycznym, diwą sceny operetkowej. Kiedy przeszła na artystyczną emeryturę, była jeszcze pełną wigoru kobietą przed 50. Wyemigrowała wraz z mężem do USA, gdzie ucząc się angielskiego, pracowała jako sprzątaczka. Potem zaczęła studiować księgowość i znalazła pracę w biurze rachunkowym, gdzie doczekała się amerykańskiej emerytury. A potem jeszcze znalazła siły na kolejną emigrację, do Kanady, gdzie już oddała się swojej pasji i założyła, całkiem znany polski chór, wiele lat go prowadziła. Można też znowu przywołać przykład Ewy Wycichowskiej, która nie tylko sama sobie świetnie poradziła po zakończeniu własnej kariery scenicznej, ale i założyła własny balet, pomagając innym ludziom baletu. Nie wszyscy artyści są tak poukładani i wytrwali.

Oczywiście, że tak. Wszyscy mamy prawo wyboru, potrzebne są nam odpowiednia motywacja, determinacja do określenia własnych celów i priorytetów. Kiedy wygasa czynna praca zawodowego artysty, warto przeorać swoje potrzeby i bezwzględnie spytać się siebie: czego oczekuję od nowego życia? Bo to stare pozostawia tylko wspomnienia. W moim przekonaniu ukierunkowanie odpowiedniej energii może przynieść pożądany efekt. Zaowocuje to dalszym rozwojem własnej osobowości. Dlatego tak ważne jest dzielenie się własnymi doświadczeniami z młodą generacją młodych adeptów sztuki baletu i nie tylko. Ewa Wycichowska w skali naszego kraju spełniła się w 100%, nawet więcej, jej osobisty urok i charyzmatyczna osobowość zaraziła już kilka pokoleń do sztuki tańca. Piastując stanowisko dyrektorki Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu, założonego przez Konrada Drzewieckiego, stała się ikoną naszej kultury. Obecnie nadal kształci młodą generację studentów na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, piastując stanowisko profesorki zwyczajnej w katedrze Tańca.

Warto walczyć o swoją pozycję w każdym zawodzie, aby nadać sens życiu, pozostać inspiracją dla innych.

Teraz po latach może sobie Pan zadać to pytanie: czy było warto, czy wysoka cena sukcesu jest faktycznie tego warta? Czy zrobiłby Pan to samo i tak samo?

Nie ma nic za darmo. W momencie przyjścia na ten świat już płacimy cenę za istnienie. Mój epizod z ukochanym tańcem pozostanie czymś osobistym, ulepionym z mojej natury. Skleciłem kładkę, aby przejść na drugą stronę strumienia, który porwał moje marzenia. Teraz wiem, że kiedy moje stopy dotknęły tego strumienia, poznałem pięknych i mądrych ludzi, od których trochę zaczerpnąłem miłości, i udałem się w dalszą drogę – i tak do dzisiaj maszeruję. Tańcem i trochę wierszem się bawię. Niczego nie żałuję.

Dziękuję za rozmowę.

Pytania zadawała PM. Wiśniewska

Fot. Archiwum prywatne bohatera wywiadu