Aktualności

20260524_142016

Rozmawiamy z dr. Sebastianem Surendrą, językoznawcą i kulturoznawcą, o jego najnowszej książce. W Słowniku ortograficznym jeszcze bardziej współczesnego języka polskiego pokazuje ponownie, że o ortografii nie tylko warto rozmawiać, ale można to robić w interesujący i wciągający czytelników sposób.

Polska ortografia łatwa nie jest, sporo osób buntuje się przeciwko niej. Ale ona przecież nie zniknie. I w sumie – dlaczego?

Jednym zdaniem: bo takie jest życie (uśmiech). W każdej dziedzinie życia obowiązują określone zasady postepowania. Jedne są powszechnie akceptowane, inne krytykowane. Istnieniem części nikt się nie przejmuje (niektórzy zaczynają, gdy grozi im określona sankcja, inni pozostają niewzruszeni). W pociągu, w muzeum, w sklepie. Wszędzie. Nie ma przestrzeni (z bardzo nielicznymi wyjątkami), w której nie funkcjonuje – formalny czy nieformalny –zbiór zasad.

W języku też obowiązują rozmaite reguły – i bardzo dobrze. Bo gdyby każdy mówił i pisał „po swojemu”, to kto by zrozumiał tego człowieka poza nim samym? Faktem jestem, że są osoby, które uważają się za miarę wszechrzeczy i oczekują, że świat się do nich dostosuje, ale to nie oznacza, że taką postawę warto aprobować.

Oczywiście zasady gramatyczne czy dotyczące leksyki mają inne podłoże niż ortografia i interpunkcja. Te pierwsze w dużej mierze opierają się na systemie językowym, a te drugie bazują na pewnej konwencjonalności. Zwróćmy jednak uwagę: tak jest w każdym języku.  Absolutnie nie jest tak, że polszczyzna się w czymś negatywnie wyróżnia.

Nie każda zasada ma sens. Był taki niechlubny czas w polskim muzealnictwie, że bez bamboszy ani rusz. Albo, drogi gościu, zakładasz nasze jakże zgrzebne i przaśne bambosze, albo dzieł sztuki nie zobaczysz, Twoje buty wyjściowe nie są tego godne. Teraz to może brzmieć komicznie, ale wielu ludziom w latach 90. nie było do śmiechu w muzealnym obuwiu. W języku też zdarzają się reguły, które za właściwe uznają właściwie tylko ich twórcy. Sprawa jest jednak prosta: możemy uznawać regułę za wątpliwą, ale musimy jej przestrzegać. Inaczej jest anarchia i warcholstwo, a jak to się kończy, to polska historia pokazała dobitnie.

„Trzeba przestrzegać”, „reguła” – to kojarzy się mocno z systemem nakazowym, który przemawia wyłącznie do osobowości autorytarnej, i tylko wtedy, gdy to ten człowiek może coś nakazać. Ale spójrzmy na to inaczej. Język to coś, co łączy obywateli – Polaków łączy polszczyzna, Włochów – język włoski itd. Oczywiście język nie jest jednym spoiwem członków danej nacji, ale bez wątpienia to jeden z najważniejszych elementów tożsamości. Czyli poznając lepiej język i kulturę, poznajemy lepiej siebie. Czy to nie jest wartość? (uśmiech)

Argumenty, jakie Pan Doktor, są absolutnie przekonujące, jednak część społeczeństwa pozostaje na nie głucha…

Oczywiście, nie brakuje ludzi, którzy zapytają: na co mi się przyda ortografia? Takie osoby z reguły nadużywają pytania „po co mi to?”. „Po co robić to i to, skoro ChatGPT czy inne narzędzie sztucznej inteligencji zrobi to za mnie” – to kolejna złota myśl. I potem następuje szok i niedowierzanie, gdy szef powie takiej osobie: „po co mam ci przedłużyć umowę, skoro AI zrobi to za ciebie?”. Ktoś siedzi drugą–trzecią godzinę, przeglądając w mediach społecznościowych filmiki, na których nie dzieje się kompletnie nic, ale sensowne czynności kwestionuje owym pytaniem „po co?”. Takich ludzi nic nie przekona, bo nawet na błędach się nie uczą.

Właśnie – błędy. Polska ortografia i interpunkcja nie są łatwe, więc ryzyko błędu jest spore. Tyle że nie jest tak, że każda reguła jest ultraskomplikowana. Absolutnie nie! Chcącemu nie dzieje się krzywda. Wyłączając osoby z dysortografią, każdy przy odrobinie elementarnego wysiłku opanuje większość zasad. Jeśli ktoś tego wysiłku podjąć nie chce, to niech ma pretensje do siebie, ale nie do ortografii (uśmiech).

Poza pytaniem „po co?” niektórzy zapytają też: „co za różnica, czy «ch», czy «h» – przecież czytający wiedzą, o co chodzi?”.

Wiedzą. Albo nie wiedzą (śmiech). Bo niekiedy kwestia tego, czy zapisujemy coś wielką, czy małą literą albo czy z łącznikiem, czy rozdzielnie, ma zasadnicze znaczenie dla rozumienia zdania. Można też założyć, że część osób, widząc – zwłaszcza te rażące – błędy ortograficzne w czytanym tekście, zapyta: „ale o co chodzi? Dlaczego tu jest tyle błędów? Kto to pisał?” (uśmiech).

Przejdźmy do Pana najnowszej książki. Pokazuje Pan w niej nie tylko to, że ortografia jest ważna, ale także – że jest niezwykle ciekawa. Widać to od pierwszych stron. Bardzo pomysłowo podchodzi Pan do nazw rozdziałów. Oto przykłady: „Miliarder w starym Volvo – gdy produkt jest marką…”, „Nagroda Nobla nie dla Trumpa – pisownia nagród i odznaczeń”, „Kto wierzy, że ZUS nie zbankrutuje? O skrótowcach”, „A na te Rysy można w klapkach?” – o karynach, sebiksach i innych cechach charakteru oraz wyglądu”. Sporo aluzji współczesnych, ale to wszystko to przecież ortografia.

Ortografia jest niezwykle ciekawa! Mam nadzieję, że – choć częściowo – przekonam do tego czytelników (uśmiech). Słowem nie tylko można, ale wręcz trzeba się bawić. Mam przekonanie, że kultura języka to olbrzymia wartość, jednocześnie stoję na stanowisku, że o tak ważnych sprawach można opowiadać, uciekając od patosu.

Nawiązanie do kultowej sceny z filmu czy serialu, fragment znanej piosenki, wspomnienie postaci czy zjawiska społeczno-kulturowego – to jedne z moich sposobów popularyzowania wiedzy o języku. W Słowniku… jest tak samo. Uruchomienie różnych skojarzeń u czytelników sprawia, że łatwiej zapamiętują reguły. Oczywiście nie ma wyjaśnień ani przykładów, które podobają się wszystkim, to niemożliwe – gdzie dwóch Polaków, tam nierzadko trzy opinie, bo niektórzy tak bardzo lubią być w kontrze, że z rozpędu zaprzeczają sami sobie (uśmiech). Przyjmuję, że ktoś przy lekturze określonego fragmentu może uznać, że np. cytowany film nie jest z jego estetyki albo że nie podziela przesłania przykładu. Jeśli jednak dzięki temu zapamięta regułę językową, to jako popularyzator wiedzy o języku mogę się tylko cieszyć.

Liczne nawiązania do tego, co nas – dosłownie i w przenośni – otacza sprawiają, że całość świetnie się czyta. Książka, poza oczywiście częścią hasłową, przypomina jedną wielką przypowieść o losach języka we współczesnej Polsce, jak i o samej Polsce ostatnich lat.

Nie piszę książek, której już ktoś napisał (śmiech). Dla mnie przekazywanie wiedzy o języku ma postać opowieści. To moja wizja, nikogo nie naśladuję, nikogo nie kopiuję. Nie uważam, że w słowniku ortograficznym nie ma miejsca na opowiadanie historii, że na to jest miejsce w kawiarni ze znajomym. Jest dokładnie odwrotnie – każdy czytelnik jest mi bliski nie tylko dlatego, że czyta moją książkę, choć to też ma znaczenie (śmiech), ale dlatego, że on(a) i ja tworzymy wspólnotę interpretacyjną, skoro interesują nas zagadnienia kultury języka. A kawa czy herbata – a dlaczego nie mieć filiżanki z wywarem w trakcie lektury? (uśmiech).

Słownik ortograficzny ma wyjaśniać zasady i zawierać zbiór haseł. W mojej książce wszystko to jest. A jak tłumaczyć zasady i jakie słowa umieszczać w każdym słowniku tego typu – to już kwestia koncepcji autora.

Skoro jesteśmy przy części hasłowej, to zapytam o dobór słów. Na podstawie jakich kryteriów wybierał Pan te wyrazy?

Mój Słownik… ma być przydatnym narzędziem. Mnożenie haseł ponad miarę i licytowanie się na liczbę słów stanowiłyby zaprzeczenie użyteczności. W części hasłowej nie ma miejsca na wyrazy, w których błędu nie zrobi nikt poza może małym dzieckiem. To znaczy w mojej wizji nie ma, bo innym autorom się nie wtrącam (śmiech). Część hasłowa zawiera słowa sprawiające realne problemy piszącym. Mogę śmiało powiedzieć, że bolączki piszących znam od podszewki. Jestem redaktorem językowym od 15 lat, sprawdzam i książki, i czasopisma, i materiały reklamowe. Autorami są absolutnie wszystkie grupy społeczne, zawodowe, wiekowe. Do tego jako językoznawca analizuję różne badania dotyczące poprawności językowej Polaków. Dobór słów do części hasłowej ma więc pełne uzasadnienie.

W ramach użyteczności Słownika… czytelnicy w części hasłowej znajdą w ramkach skrótowe (bo pełne jest w części tłumaczącej zasady) wyjaśnienia, dlaczego trzeba pisać, a nie inaczej. Wszystko po to, by odbiorcy mogli jak najszybciej przyswoić zasadę, zapamiętać ją na dłużej i nie musieć bez przerwy wertować książkę. Ta ramka redukuje też liczbę haseł – po co podawać 500 słów zaczynających się np. od „prz”, skoro można podać trzy i wyraźnie przypomnieć, że po spółgłosce „p” nie piszemy „ż”?

Słownik… poza wyjaśnieniem zasad ortograficzno-interpunkcyjnych i częścią hasłową zawiera też zagadki – testy i dyktanda. I sprawdzają wiedzę, i bawią, i uczą. Czytając je, przeżywa się różne emocje. Można się głośno zaśmiać, bo niektóre są tak zabawne, za chwilę poddać refleksji, bo dany akapit mówi o doniosłych sprawach dla każdej myślącej osoby. A do tego jeszcze można się złapać za głowę. bo część zdań jest najeżona trudnościami ortograficznymi. Jakie były Pana początki jako autora dyktand? Skąd czerpał i czerpie Pan Doktor na nie pomysły?

Pierwszy raz układałem dyktando na otwarte mistrzostwa Wrześni w 2008 r. Zaproponował mi to wyjątkowy dla mnie człowiek – fantastyczny polonista, z którym w maturalnej klasie (niestety, tylko wtedy), kilka lat wcześniej, miałem zajęcia, i bez którego pewnie nie pomyślałbym o językoznawstwie. On układał te teksty we wcześniejszych latach, to było trochę przekazanie pałeczki. Przyjąłem to wyzwanie – napisałem dyktando w formie… opowieści o współczesności. Konsekwencja ponad wszystko (śmiech).

Przez kolejnych kilka lat układałem dyktanda na kolejne mistrzostwa mojego miasta, jak i dla kilku innych miejscowości w Wielkopolsce. To były konkursy dla różnych kategorii wiekowych – uczniów szkół podstawowych, średnich, dla osób dorosłych. Zaprzestałem tego na studiach doktoranckich, bo obowiązków naukowych i zawodowych miałem i tak za dużo.

Pisząc Słownik ortograficzny współczesnego języka polskiego, pomyślałem, że warto do tworzenia takich zagadek powrócić – choćby na użytek książki. Część dyktand napisałem od zera, w części bazowałem na tych napisanych wcześniej, ale z bardzo wieloma modyfikacjami, by wszystko było aktualne.

A jak szukam tematów do dyktanda? Sprawy społeczno-kulturowe są mi niezwykle bliskie – nie chodzi ani o ich afirmację, ani o negację, lecz o to, że żyjąc w określonej rzeczywistości, lepiej o niej wiedzieć niż mniej.

Uspokoję na koniec czytelników: nie wszystkie testy i dyktanda są bardzo trudne, skala trudności jest różna, są dłuższe i krótsze. Po prostu życie (uśmiech).

Życia nie starczy, by omówić wszystkie zagadnienia językowe. Spróbujemy jednak to zrobić choć w części. Już teraz zapraszam na kolejne rozmowy o ortografii, interpunkcji i innych aspektach kultury języka. Dziękuję za rozmowę.

Także bardzo dziękuję i przyjmuję zaproszenie.

Pytania zadawała PM. Wiśniewska