W ostatnim czasie w hospicjum dla starszych psów bywało naprawdę ciężko: problemy zdrowotne i finansowe, a także „złe języki” złych ludzi. Ale chyba powoli większość spraw wychodzi na prostą.
O Krystynie Seemayer i prowadzonym przez nią hospicjum dla psów pisaliśmy tu niejednokrotnie. Jestem też autorem książki o „Staruszkowie” pt. „Zeszłam na psy”.
Śmierć boli zawsze
Wiecie więc, szanowni Czytelnicy, że pani Krystyna działała początkowo w Karpaczu, a dom w Krzewiu Małym kupiła i wyremontowała dzięki wpłatom ludzi dobrej woli, a także ciężkiej pracy własnej i osób jej pomagających.
Wiecie też, że pani Krystyna zmagała się nie tylko z chorobami swoich czworonożnych podopiecznych, w większości już w podeszłym wieku, nie tylko z własnymi kłopotami zdrowotnymi, bo przecież sama już nie jest osobą najmłodszą, nie tylko z różnorakimi problemami finansowymi, ale także z hejtem w internecie. Bo przecież w Polsce często kierujemy się krzywdzącymi stereotypami, że jeżeli ktoś zbiera pieniądze, a do tego na zwierzęta, to na pewno te pieniądze sobie „przywłaszcza”.
Obecnie na terenie posesji mieszka ok. 60 psów, czyli więcej niż Krystyna Seemayer pierwotnie planowała mieć pod opieką. Takie samoograniczanie jest ważne, bo azyle przecież nie są z gumy.
– Ale trudno mi odmówić, kiedy wiem, że pies potrzebuje pomocy – przyznaje kobieta. – Tylko w grudniu zmarło mi osiem psów, a ja każdą śmierć bardzo ciężko przeżywam – wzdycha. – Jeden z tych psów, Kumpel, był u mnie tylko tydzień. Przyjechał do mnie z rakiem krtani, mimo wysiłków lekarzy nie dało się go uratować, jedynym wyjściem była eutanazja. Czasem kochać oznacza pozwolić odejść, bo pozwolić psu cierpieć to nie miłość, to egoizm – podkreśla. – Trzymam w „Staruszkowie” ok. 300 książeczek zmarłych zwierząt. W sumie jednak uratowałam ponad 400 psów, bo przecież sporo ich też oddałam w dobre ręce – przypomina.
W ostatnim czasie pani Krystyna przyjęła też cztery nowe, ciężko chore czworonogi, błąkające się dotąd po ulicach.
– Psy pochodzą z całej Polski, z bliska, ale i z daleka – informuje.
Kilka miesięcy temu do „Staruszkowa” dotarła suczka Anusia, z niedowładem tylnych kończyn.
– Wyglądało to beznadziejnie, ale ostatnio zwróciliśmy uwagę, że Anusia walczy, próbuje stawać na te łapki. Wygląda na to, że czucie głębokie wraca – cieszy się nasza rozmówczyni. – Rozmawiałam już o tym z Tomkiem, technikiem weterynarii. Będziemy walczyć, robić zastrzyki, masować mięśnie nóg – zapowiada.
Nieśmiertelny hejt
No dobrze, a co ze wspomnianym hejtem? Czy nienawistnicy przekonali się już, że w „Staruszkowie” pieniądze wydawane są zgodnie z intencją darczyńców? Czy wreszcie odpuścili?
– A skąd! – macha z rezygnacją ręką nasza rozmówczyni. – Oczywiście, że był hejt, do tego całkiem niedawno. Hejterzy pisali w internecie, że wybudowałam sobie dom za cudze pieniądze. Nie dodali już jednak, że to nie jest mój dom, że po mojej śmierci nie trafi do mojej rodziny, tylko pozostanie jako dom fundacyjny, że w azylu lepszy los znalazło wiele psów, że dom był do remontu… – wymienia. – Stworzyłam coś, czego dotąd nie było – podsumowuje bez fałszywej skromności.
Hejt to jednak nie wszystko, bo zdarzały się też kradzieże. Do tego azyl okradali ludzie, którzy zgłosili się tam do pracy. To bolało szczególnie.
– A jeśli nawet ktoś nie okrada azylu, to próbuje mnie wciągać w przekręty – krzywi się lekko twórczyni hospicjum. A ja nie chcę. Jestem uczciwa i wolę stać z podniesioną głową – mówi nieco poetycko. – mam prosty charakter i dlatego czasem dostaję po dupie. Ale też dlatego teraz wolę prowadzić „Staruszkowo” sama – wyjawia. – Pomaga mi tylko Tomek, któremu ufam całkowicie.
Przypomnijmy, że pan Tomasz to nie tylko technik weterynarii, ale także złota rączka.
– To młody, silny facet, trzydziestokilkuletni – dodaje Krystyna Seemayer. – Akurat w tym momencie przenosi paczki z darami – uśmiecha się.
Pan Tomasz ma też jednak rodzinę: żonę i dzieci, w tym kilkumiesięczną córeczkę. Czy żona nie ma zatem pretensji, że po pracy w lecznicy weterynaryjnej jej mąż pracuje jeszcze dodatkowo w „Staruszkowie”?
– Czasem trochę burczy – przyznaje nasza rozmówczyni. – Ale przecież Tomek nie pracuje za darmo, poza tym ja im też staram się pomagać – zaznacza.
Szlachetne zdrowie
Pan Tomasz z kolei bardzo pomógł pani Krystynie, kiedy ta jesienią tego roku złamała nogę w kostce. Noga do dziś pobolewa.
Kłopoty zdrowotne, kradzieże… Nie było lekko, do tego znów pojawiły się kłopoty finansowe.
– Dlatego nie zastanawiałam się długo, kiedy dziennikarze z TV Wrocław zapytali, czy mogą przyjechać zrobić u nas reportaż. Chociaż nie czuję się specjalnie komfortowo przed kamerą – uśmiecha się opiekunka psów. – Powiedziałam dziennikarzom, żeby przyjeżdżali, ale też, że mają zrobić materiał bez upiększeń. Że to nie perfumeria, że psy są chore i może cuchnąć. Że to nie schronisko, więc nie ma boksów. To jest dom – mówi z mocą.
I reportaż przyniósł wiele dobrego, bo znów popłynęły pieniądze z wpłat od dobrych ludzi. Odezwał się też Damian Żurawski, radny z Sosnowca, który sam zaczął bardzo sprawnie rozkręcać zbiórki.
– Na tyle skutecznie, że w sumie „Staruszkowo” uzyskało aż 46 tys. zł – podkreśla Krystyna Seemayer. – To sporo.
Tak, to dużo i można za te pieniądze zrobić niemało dobrego. I tak się właśnie dzieje; pieniądze z pewnością nie zostaną zmarnowane. Bo niemało też kosztuje wyżywienie i leczenie niemal sześćdziesięciu psów. A pieniądze są właśnie dla nich.
– Chcę umierać z czystym sumieniem – zaznacza na koniec pani Krystyna.
Na umieranie raczej za wcześnie, ale człowiek nie młodnieje, może częściej chorować. Czy nasza rozmówczyni myśli już o następcach?
– Myślę – odpowiada jak to ona. Krótko.
Krzysztof Ulanowski
Fot. Archiwum prywatne bohaterki
Zima w „Staruszkowie”.
Krystyna Seemayer z darami – karmą dla psów.
Pani Krystyna z darami – środkami higieny i obrożami przeciwkleszczowymi.
Pani Krystyna w otoczeniu psich przyjaciół.



