Aktualności

0f025f48-69eb-43f6-b886-198281b45df2

Dziennikarze a politycy – rozmowa z prof. zw. dr hab. Kazimierzem Wolnym-Zmorzyńskim z Uniwersytetu Śląskiego i Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie – medioznawcą, literaturoznawcą, pisarzem.

  • Związki dziennikarzy z politykami są aż nadto widoczne. Właściwie bez relacji z politykami dziennikarze nie mają szans na relacjonowanie toczącej się polityki jako procesu. Czym charakteryzują się te relacje we współczesnym dziennikarstwie?

Widoczny jest drastyczny podział na dziennikarzy zwolenników opozycji i dziennikarzy sympatyzujących z rządem. To wielkie nieporozumienie. Zgodnie z zasadami i etyką dziennikarską taka sytuacja nie powinna mieć w ogóle miejsca. Dziennikarze nie powinni tak manifestować swoich sympatii i antypatii politycznych. Jeśli chodzi o dziennikarstwo informacyjne, dziennikarze mają podawać fakty bez emocji i podtekstów. Nie mogą manipulować, dokonywać selekcji informacji na korzyść tego, kogo lubią ani wybiórczo ich idealizować. Mają być obiektywni, by odbiorcy sami wyciągali wnioski. Natomiast, gdy zajmują się publicystyką, mają prawo a nawet obowiązek do wyrażenia swojej opinii, ale muszą najpierw przywołać argumenty każdej ze stron. Z poglądami, z którymi się nie zgadzają, powinni po prostu przekonywać do swoich racji i rzetelnie argumentować swój wywód. Dzisiaj, niestety, każdy polityk ma swojego dziennikarza, a dziennikarz swojego polityka. To jest chore i tak nie powinno być, a co najgorsze – sprzyja rozpowszechnianiu plotek i fake newsów. Dziennikarz powinien być osobą mądrą, dzięki rozumowi powinien umieć rozwiązywać problemy i tłumaczyć zawiłości. Powinien stać ponad politykami oraz tym, co się dzieje wokoło, a także umieć kierować swoim zachowaniem i odczuciami. Ta relacja powinna mieć charakter profesjonalny i kontrolny, a nie opierać się na przyjaźni czy sympatii politycznej.

  • Wedle wszelkich rankingów zaufania społecznego, politycy znajdują się na ostatnim miejscu tabeli, ufa im zaledwie 3-4 proc. badanych. Na czele od wielu lat znajdują się zwykle strażacy pożarni, pielęgniarki. Dziennikarze sytuują się na poziomach średnich, ufa im około połowy respondentów. Skąd ta dramatycznie niska ocena wiarygodności polityków? I to od lat, niezmienna.

Wysokie zaufanie do strażaków, lekarzy czy pielęgniarek wynika z faktu, że wykonują oni swoją pracę w sposób bezwarunkowy i apolityczny. Dla ratownika medycznego czy strażaka poglądy polityczne poszkodowanego nie mają żadnego znaczenia – ich celem jest niesienie pomocy każdemu, kto tego potrzebuje. To etos bezinteresownej służby i uczciwości buduje ich autorytet. W przypadku polityków mechanizm ten działa odwrotnie, ponieważ ich aktywność zbyt często motywowana jest interesem partyjnym lub własnym. Problem ten pogłębiają media, nierzadko bezkrytycznie powielają one niesprawdzone informacje i polityczną narrację, zamiast ją rzetelnie weryfikować. Dodatkowo w sferze publicznej widoczny jest kryzys kompetencji. Części współczesnych elit politycznych i medialnych brakuje głębszego przygotowania merytorycznego, znajomości historii oraz umiejętności wyciągania długofalowych wniosków z bieżących wydarzeń. Zjawisko to celnie opisał Janusz Szewczak w książce Idiotokracja, czyli zmowa głupców. Trudno nie zgodzić się z jego tezą, że merytoryczni i mądrzy przywódcy bywają dziś spychani na margines, a ich głos jest zagłuszany przez medialnych, powierzchownych komentatorów. Choć naturalnym zadaniem opozycji jest dążenie do przejęcia władzy, to współczesna walka polityczna toczy się zbyt często bez względu na koszty społeczne. Zupełnie inne standardy debaty publicznej i zarządzania lokalnego miałem okazję zaobserwować kilka lat temu, uczestnicząc w publicznym spotkaniu obywatelskim Rady Gminy Vaduz w Liechtensteinie. Nie mogłem wyjść z podziwu, jak radni opozycyjni potrafili poprzeć mądre projekty rządzących, gdy w grę wchodziło realne dobro mieszkańców. W tamtejszym samorządzie sztywna dyscyplina partyjna ustępowała miejsca merytorycznej dyskusji na argumenty. W naszych realiach taka kultura polityczna jest wciąż rzadkością. Dominujący model zakłada, że przeciwnika należy zwalczać bezwzględnie, nawet wtedy, gdy proponuje on słuszne rozwiązania. Taka postawa buduje destrukcyjny teatr polityczny, oparty na polaryzacji i emocjach. Skrajne, głośne narracje trafiają niestety na podatny grunt, odciągając uwagę od sedna problemów. Niepokojące jest również to, że w debacie publicznej autorytetami stają się osoby o powierzchownej wiedzy, których jedyną zasługą bywają formalne tytuły czy dyplomy. Jak słusznie zauważa Janusz Szewczak, w przestrzeni publicznej brakuje dziś prawdziwych mędrców i autorytetów, a ich miejsce zajmują promowani przez media komentatorzy. W tak gęstym szumie informacyjnym przeciętnemu człowiekowi coraz trudniej jest odróżnić to, co wartościowe i racjonalne, od demagogii i manipulacji.

  • Politykom jednak zdaje się to zupełnie nie przeszkadzać, bo do polityki, tej na najwyższych szczeblach, strasznie trudno się dopchać. Żądza władzy, która przesłania wszystko, a zwłaszcza poczucie przyzwoitości? Co takiego jest w tej władzy, że przyciąga jak magnes, mimo zła, które ją otacza?

Dostać się na szczyty polityki jest niezwykle trudno. Jednak ktoś sprytny, niekoniecznie mądry, ale bezwzględny i tak pokona kompetentnych, a gdy sprzyja mu szczęście, prze do przodu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Takie przypadki znamy nie tylko z życia, ale i z literatury. Z jednej strony droga na szczyt wymaga wyrzeczeń, co wiąże się z utratą kręgosłupa moralnego i własnego „ja”. Czytamy o tym w Makbecie Szekspira, gdzie doskonale została ukazana żądza władzy. Wejście na szczyt wiąże się ze zdradą, intrygami i zbrodnią. Słowacki w Balladynie obnażył brudy polityki. Tytułowa bohaterka osiąga cel dzięki bezwzględności i eliminowaniu kolejnych przeszkód, w tym najbliższych osób, lecz ostatecznie jej działania i tak prowadzą do tragedii. Mechanizm ten doskonale zdiagnozował też Tadeusz Dołęga-Mostowicz w Karierze Nikodema Dyzmy. Pokazał, że na polityczne szczyty można trafić przez przypadek. Kompletny ignorant bez wykształcenia, dzięki bezmyślności dziennikarzy powielających rządowe komunikaty, został wykreowany na genialnego ekonomistę i męża stanu. Niestety, mechanizm ten działa do dziś. Media tworzą laurki politykom, którzy nie powinni sprawować żadnych funkcji publicznych – od rządu aż po samorządy. To mieszanka naiwności i strachu. Elity nie potrafią przeciwstawić się arogancji, a wielu dziennikarzom brakuje zarówno wiedzy, jak i odwagi, by pisać prawdę. Współczesna rzeczywistość medialna stała się wręcz inkubatorem dla takich postaw. To właśnie ten niepokojący kryzys czwartej władzy analizujemy wraz z doktorem Pawłem Płanetą w naszej książce, która niebawem się ukaże, pt. Między dekonstrukcją a restytucją. Diagnoza dziennikarstwa w czasach ponowoczesnych. Dzisiejsze społeczeństwo, w tym również dziennikarze, zatraciło dawne ideały w pogoni za pieniądzem i wygodą. Żyjemy w epoce postmodernistycznego relatywizmu, gdzie prawda przestała być wartością nadrzędną, a zastąpiła ją klikalność i polityczna użyteczność. Dopóki nie powrócimy do etosu rzetelności, magnetyczna siła władzy będzie przyciągać głównie tych, którzy dla kariery są w stanie poświęcić własną przyzwoitość.

  • Standardy przyzwoitości w polityce zdają się nie obowiązywać, ale jest to możliwe z powodu przyzwolenia społecznego. Skąd ta masowa bezradność wobec kłamstwa, bezczelności, bezwzględności polityków?

Pytanie o to, dlaczego standardy przyzwoitości w polityce przestały obowiązywać, a społeczeństwo reaguje na to masową bezradnością, to zadanie dla socjologów, psychologów i filozofów. Klucz do zagadki leży jednak bliżej niż nam się wydaje – w nas samych. Ta bezradność wobec kłamstwa, bezczelności i arogancji nie wynika z braku wiedzy. Wynika z faktu, że jako wyborcy zaczęliśmy przymykać oko na naganne zachowania polityków z własnego obozu. Żyjemy w realiach, w których przynależność partyjna stała się ważniejsza niż uniwersalny kompas moralny. Lojalność wobec politycznego plemienia zaczęła górować nad podstawowymi zasadami etycznymi. Dzisiejsza legitymacja partyjna działa jak immunitet na bezczelność. Wolimy usprawiedliwić kłamstwa i przekręty „naszych”, byle tylko nie oddać pola politycznym przeciwnikom. Te mechanizmy widać wyraźnie, na przykład przy rodzinnych stołach czy w gronie przyjaciół. Niemal każdy z nas ma w swoim otoczeniu osoby, które bezkrytycznie przyjmują każde słowo swojego ulubionego lidera, nawet gdy ten rażąco mija się z prawdą. Dlaczego tak się dzieje? Psychologia nazywa to redukcją dysonansu poznawczego, który polega na tym w polityce, że wyborcy ignorują błędy „swoich” polityków a wyolbrzymiają potknięcia przeciwników, aby utrzymać dobre samopoczucie. Przyznanie, że „mój” polityk oszukuje, byłoby bolesnym ciosem w naszą własną tożsamość. Aby uniknąć tego dyskomfortu, wolimy wierzyć w narrację mediów, które karmią nas strachem i gniewem, przekonując, że druga strona jest nieskończenie gorsza. W efekcie wpada się w pułapkę cynizmu -skoro „tamci też kłamali”, to nasi mają moralne prawo robić to samo. Masowa bezradność nie jest więc efektem braku siły, ale świadomego, choć często podświadomego wyboru. Dopóki nie zaczniemy rozliczać z uczciwości przede wszystkim tych, na których sami głosujemy, standardy w polityce będą szły w dół – niestety, za naszym własnym, milczącym przyzwoleniem.

  • A może po prostu demokracja się przeżyła? Bo czym jest w istocie demokracja? To rządy większości, a jak wiadomo, większość zwykle jest bez rozumu. Mądra mniejszość wedle praw demokracji – nie ma szans. Nie dopcha się. A nawet gdyby mądrzy ludzie mieli szansę, to są nazbyt mądrzy, by z tego skorzystać. Wiedzą, z czym to się wiąże, z jakimi kompromisami moralnymi, i nie chcą zaprzedawać własną duszę wybierając przyzwoitość. To co z tą demokracją, czy jest jakaś alternatywa?

Na pytanie, czym jest demokracja pani już odpowiedziała, a od siebie dodałbym, że demokracja to po prostu wzajemny szacunek i przestrzeganie prawa tak przez większość jak i mniejszość. Problem pojawia się, gdy władza to prawo łamie, jednocześnie wmawiając obywatelom, że stoi na jego straży. Demokracja nie jest systemem doskonałym, ale minimalizuje ryzyko społecznych tragedii i pozwala na pokojową wymianę władzy bez użycia siły. Do demokracji po prostu trzeba dojrzeć. Ponadto prawdziwa demokracja chroni mniejszości – dlatego niezbędne są niezależne sądy i trybunały, które zabezpieczają prawa i wolności obywateli przed samowolą rządzących. A jeśli chodzi o tych, którzy „nie chcą się brudzić” i wybierają przyzwoitość, to w rzeczywistości uciekają od odpowiedzialności. W polityce to tak zwana etyka „czystych rąk”, a moim zdaniem – zwykłe tchórzostwo. Ktoś mądry to ktoś odważny. Uczciwy człowiek i dobry polityk to osoba, która podejmuje trudne, odważne decyzje, idzie na konieczne kompromisy i nie przygląda się wszystkiemu bezczynnie. Źle się dzieje, gdy ludzie wykształceni wycofują się, milczą i poddają masie. Wtedy sytuację natychmiast wykorzystują populiści i oportuniści. Silniejsi spychają słabszych, a milczący ostatecznie przegrywają. Gdy próbują coś głośniej powiedzieć, są zagłuszani, wtedy nawet nie próbują się bronić, są niestety wyzywani, często obrażani przez bezkarnych, wpływowych polityków oraz wspierających ich dziennikarzy. Na problem ten zwracałem uwagę wraz z kolegami profesorami już w 2016 roku w Klinice Dziennikarstwa. Wydaliśmy dotąd sześć tomów publikacji na ten temat, a w tym opublikowany trzy lata temu tom piąty pt. Politycy i dziennikarze. Czy istnieje alternatywa? Trudno o idealne rozwiązania, dlatego najważniejsza wydaje się codzienna troska o dobro wspólne i postępowanie według zasady wzajemności. Powrót do rządów arystokracji nie zdałby egzaminu. Z kolei rządy technokratów – choć wykształconych i profesjonalnych – byłyby ślepą uliczką, jeśli zabrakłoby im wrażliwości społecznej, a jedynym wyznacznikiem stałyby się suche analizy. Z oczywistych względów odrzucamy dyktaturę i autorytaryzm, mimo że strach jest dla władzy wygodnym narzędziem dyscyplinowania obywateli. Zastanawiającym rozwiązaniem mogłaby być demokracja losowa, czyli obywatele wybierani w drodze losowania i wspierani przez ekspertów. W ten sposób wpadamy jednak w błędne koło: przecież politycy, którzy są u władzy niemal z przypadku także korzystają z pomocy doradców. I co z tego wynika?

  • Kategoria prawdy też się przeżyła, bo czy w ogóle można mówić o prawdzie w kategoriach życia publicznego, politycznego?

To sprawa względna. Dzisiaj, w dobie postmodernizmu, każdy widzi prawdę tak, jak ją rozumie i pojmuje. Każdy ma rację – nawet ten, kto jej nie ma. Najważniejsze jest to, co czuje w danej chwili dana osoba, a nie to, co odczuwa ktoś obok. Mamy czas egoistów. Trzeba tu zwrócić uwagę jeszcze na dwa aspekty: pierwszy – wymiar polityczny, drugi – do czego taki stan prowadzi. Niestety, w polityce fakty ustępują miejsca emocjom, a to sprzyja szerzeniu celowej dezinformacji. Widzimy kampanie wyborcze oparte na populistycznych hasłach, a nie na twardych danych oraz polityków podsycających strach. Fakty przegrywają z „emocjonalnymi pseudoteoriami”. Zjawisko to jest potęgowane przez algorytmy mediów społecznościowych, które zamykają ludzi w tak zwanych bańkach informacyjnych. Algorytmy podsuwają nam tylko te treści, które pasują do naszych poglądów. Na przykład użytkownicy TikToka lub Facebooka utwierdzają się w przekonaniu, że ich subiektywna opinia jest jedyna, najlepsza i najmądrzejsza, a ktoś, kto myśli inaczej, jest kłamcą, a nawet idiotą. Konsekwencją tego jest stan, który mamy u nas dzisiaj – głęboka polaryzacja społeczeństwa. Nie ma możliwości porozumienia się, bo każdy pojmuje prawdę, jak ją sam rozumie, i brakuje wspólnego punktu odniesienia, a to stanowi ogromny problem. Zobaczy pani, co będzie się działo podczas przyszłorocznych wyborów. To będzie już wojna na medialne rozpowszechnianie nieprawdy i podsycanie emocji. Źle będzie, gdy ulegną jej dziennikarze. Czy jesteśmy wobec tego bezradni? Nie, o ile zaczniemy działać świadomie. Kluczem do rozbicia baniek informacyjnych jest rozwijanie krytycznego myślenia i higieny cyfrowej. Na poziomie indywidualnym oznacza to celowe szukanie źródeł o odmiennych liniach redakcyjnych, weryfikowanie faktów oraz świadome „resetowanie” algorytmów poprzez czyszczenie historii wyszukiwania. Na poziomie systemowym ratunkiem może być edukacja medialna wprowadzana już od najmłodszych lat oraz presja prawna na gigantów technologicznych, by ich algorytmy promowały rzetelne dziennikarstwo, a nie tylko skrajne emocje. Tylko poprzez wyjście z własnej strefy komfortu poznawczego możemy odbudować wspólny fundament prawdy, niezbędny do funkcjonowania zdrowej demokracji.

  • W tym wszystkim jakoś muszą się odnaleźć dziennikarze. Relacjonując, informując, selekcjonując, wywierają wpływ na postrzeganie danych wydarzeń. Nie da się przecież o danych wydarzeniach, zwłaszcza tych o skomplikowanej naturze, powiedzieć wszystkiego. Nikt też nie chciałby tego „wszystkiego” słuchać, bo nikt na to nie ma czasu. Mało też kto ma ochotę samodzielnie myśleć i analizować. Stąd przeciętna informacja trwa nieco ponad minutę, a zawarta w niej „setka”, czyli wypowiedź bezpośrednia – 10-15 sekund. Jak można w ciągu minuty przekazać rzetelną informację?

Gdyby większość dziennikarzy znała teorię gatunków dziennikarskich i ich cechy dystynktywne, wiedziałaby, jak poprawnie redagować teksty, na co kłaść nacisk i kiedy stawiać fakty ponad emocjami. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, ale ta powierzchowność przekazu nie wynika jednak wyłącznie z niewiedzy teoretycznej młodych kadr. To także efekt bezwzględnej ekonomii uwagi. Współczesny odbiorca, bombardowany tysiącami bodźców, rzadko kiedy skupia się na jednym tekście czy materiale wideo dłużej niż przez kilkadziesiąt sekund. To biorą pod uwagę dziennikarze. W świecie zdominowanym przez kulturę „scrollowania”, tradycyjne gatunki dziennikarskie, takie jak reportaż, felieton czy pogłębiony wywiad, spychane są na margines przez newsy i clickbaity. Informacja przestała być dobrem publicznym, a stała się produktem, który musi się sprzedać. W efekcie rzetelna weryfikacja źródeł ustępuje miejsca szybkości, a obiektywizm – polaryzującym emocjom, które najłatwiej generują zasięgi i zyski. Jak zatem w ciągu minuty lub krótkiego tekstu pisanego przekazać rzetelną informację? Kluczem jest rygorystyczna synteza oparta na zasadzie odwróconej piramidy, gdzie kluczowy fakt pada na samym początku. Rzetelność w pigułce wymaga maksymalnego uproszczenia języka, eliminacji emocjonalnych przymiotników oraz uczciwego przedstawienia racji obu stron sporu. W materiale audiowizualnym cenny czas oszczędza symbioza słowa z obrazem i rzetelnie dobraną „setką”. Z kolei w nowoczesnym dziennikarstwie prasowym i internetowym skrótowość wymusza rezygnację z dygresji na rzecz boksów informacyjnych, wypunktowań i przejrzystej infografiki. W obu przypadkach współczesny, rzetelny dziennikarz powinien traktować krótki news jedynie jako esencjonalny wstęp do tematu. Dzięki hipertekstualności w sieci oraz kodom QR czy odsyłaczom w druku, może on natychmiast skierować dociekliwego czytelnika do pełnych raportów, dokumentów lub pogłębionych analiz w przestrzeni cyfrowej.

  • Dziennikarze też nie są tacy niezależni, podlegają polityce redakcyjnej, stąd też ogromne polityczne zróżnicowanie mediów. Co media – to odmienny obraz Polski i wydarzeń bieżących. Jak się w tym połapać?

Niestety to prawda. Każda redakcja ma swojego właściciela, swoją linię programową, swój profil światopoglądowy i to wpływa na dobór tematów oraz odpowiednie komentarze. Od dawna powtarzam studentom, że nie jest to zjawisko współczesne. Tak było dawniej, tak jest i obecnie. Dziennikarze szukają takich tematów, które zainteresują ich odbiorców. Źle jest, gdy odbiorcy trzymają się tylko jednego tytułu prasowego, jednej stacji radiowej czy telewizyjnej, jednego portalu informacyjnego. Tkwią wtedy w swojej bańce informacyjnej, a to pogłębia podziały społeczne i prowadzi do odmiennego pojmowania tego samego świata. Najlepszym rozwiązaniem jest śledzenie kilku tytułów, stacji radiowych i telewizyjnych o różnych profilach. To, czego nie powiedzą dziennikarze sprzyjający lewicy, uzupełnią media prawicowe. Odbiorca powinien samodzielnie wyciągać wnioski, porównując te różne perspektywy.

  • O meandrach władzy, kulisach polityki i pracy dziennikarskiej mówi jeden z lepszych polskich seriali „Ranczo”. Stamtąd pochodzą ponadczasowe stwierdzenia typu „przyzwoitość w polityce nie ma zastosowania” albo „jaka prawda? O polityce mówimy!”. W odcinku 2 „Goście z zaświatów” proboszcz mówi: „Ja nie polityk, że na każdą okazję inne słowo u niego jest.” Proboszcz tak też podsumowuje polityków „Niech Ci mali ludzie na górze gryzą się między sobą, zgorszenie niech sieją”. „Wam się już wszystko popieprzyło. Państwowe z własnym, zaradność ze złodziejstwem, jak wszy żeście te państwo obsiedli i krew pijecie, ile który da radę” – Kusy do Senatora. Cytaty pochodzą ze strony Ranczopedia, bo serial doczekał się własnej encyklopedii, taka siła w nim tkwi. I sporo prawdy, niestety. Scenarzysta był blisko związany z sejmem. Znał się na rzeczy.

Andrzej Grembowicz, piszący pod pseudonimem Robert Brutter, był wicedyrektorem biura prasowego Kancelarii Sejmu, dzięki czemu przyglądał się politykom z bliska. Miał doskonały zmysł obserwacji, który idealnie przełożył na dialogi. Cytaty z Rancza doskonale nadają się do podręczników dla PRowców – często trafniej nazywają rzeczywistość niż opasłe tomy teoretyków PR-u. Doskonałym przykładem są tu cyniczne teorie Czerepacha obnażające zakłamanie. Warto też przywołać cytaty osób postronnych, pokazujące, jak polityka wpływa na zwykłych obywateli. Wszystkie przywołane przez Panią kwestie są niezwykle wymowne.

  • Sporo filmów o politykach i dziennikarzach zrobiono. Który Pan Profesor ceni najbardziej?

Jeśli chodzi o filmy o politykach, lista jest długa, ale na pierwszym miejscu stawiam właśnie Ranczo. To znakomity serial, prawdziwy – bez pudru i zakłamania mówi wprost, jakie są realia. Wszystko zaprezentowano bez udziwnień, w klasyczny, przystępny sposób. Z filmów o dziennikarzach interesująco zrobiony był serial Pakt z Marcinem Dorocińskim. Świetnie pokazano tam między innymi medialną walkę o pojmowanie prawdy. W wątku śląskim premier pojmował ją zupełnie inaczej, bardziej postmodernistycznie, a inaczej widziała ją idealistka, pani prezydent Bytomia. Z klasyki przywołuję zawsze film, u nas znany jako Fałszywy as w wersji oryginalnej The Man Inside, który powstał w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku na kanwie prawdziwych wydarzeń. To historia niemieckiego dziennikarza śledczego Güntera Wallraffa, który zasłynął z prowokacji i pracy w jednej z bulwarowych gazet. Film obnażył prawdę o dziennikarzach pozbawionych etycznych zachowań, którzy dla zysku dopuszczali się manipulacji, pozwalających zwiększać nakłady. Ceną ich działania były ludzkie tragedie. Ten film powinien być obowiązkowy dla studentów dziennikarstwa.

  • A jednak mimo niesprzyjających prawdzie i przyzwoitości okolicznościach są dziennikarze, cieszący się społecznym zaufaniem, nagradzani, oglądani i lubiani przez widzów. Są politycy, którzy po latach są pamiętani i doceniani. I w jednej, i drugiej kategorii zawodowej zdarzają się „ludzie przyzwoici”, bo oni też uważają, za prof. Władysławem Bartoszewskim, że „warto być przyzwoitym”. I w nich nadzieja?… Czy złuda?

Myślę, że nie tylko warto, ale po prostu trzeba tak żyć. Choć dzisiaj to wcale nie jest łatwe – taka postawa bywa niestety piętnowana jako naiwność. A przecież uczciwością należy kierować się w każdej sytuacji i w każdym zawodzie. Człowiek przyzwoity nie manipuluje słowem ani ludźmi. Dotrzymuje słowa, dzięki czemu buduje autentyczny szacunek i zaufanie. Wymaga to również szczerości wobec samego siebie oraz odwagi, by głośno mówić, co nam odpowiada, a co nie. Dotyczy to polityków, dziennikarzy, ale i każdego z nas. W mojej książce Biblia a korzenie reportażu wskazałem, skąd dziennikarze powinni czerpać wiedzę o relacjach z ludźmi i co powinno stanowić ich kręgosłup moralny. Może panią zaskoczę – tak jak zaskoczyłem moich czytelników tytułem ostatniego rozdziału tej książki. Jednak po lekturze tego rozdziału wszyscy przyznali mi rację. Chodzi o fragmenty listów apostolskich: Pawła, Jakuba, Piotra i Jana. One przecież nie są adresowane wyłącznie do wierzących. Tam zapisano absolutnie wszystko o tym, jak być przyzwoitym. I to prawda: takich ludzi ostatecznie się docenia i o nich pamięta. Musimy ich jednak głośno i zdecydowanie wspierać. W przeciwnym razie damy się zakrzyczeć miernotom, dla których przyzwoitość jest największym zagrożeniem.

Dziękuję za rozmowę.

Pytania zadawała PM. Wiśniewska

Foto: Renata Misz-Zmorzyńska

Poniżej – najnowsza powieść autorstwa prof. Kazimierza Wolnego-Zmorzyńskiego, naukowca, badacza oraz pisarza