Aktualności

25d22f30-98d8-445d-b855-5c44bd7b31bf

Rozmawiamy z naukowcem, medioznawcą, wykładowcą akademickim oraz pisarzem, teoretykiem i praktykiem literatury, prof. zw. dr. hab. Kazimierzem Wolnym-Zmorzyńskim.

  • Pracuje Pan Profesor nad swoją najnowszą książką, ale nie naukową, tylko powieścią. Która to pozycja beletrystyczna z kolei?

Jak dobrze pamiętam, siódma.

  • Jest Pan Profesor wykładowcą, naukowcem, badaczem. A ile łącznie publikacji ma Pan na swoim koncie?

Jeśli chodzi o książki, sporo, autorskich naukowych monografii dwadzieścia kilka, chyba dwadzieścia sześć, a pod redakcją ponad pięćdziesiąt. Artykułów nie liczę. Ktoś złośliwy może powiedzieć, że tu nie o ilość chodzi, a o jakość. Najważniejsze, że te moje publikacje są wykorzystywane i powołują się na nie inni i z tego mam satysfakcję.

  • Czy literatura powieściowa, jej tworzenie, dają Panu jako naukowcowi coś nowego? Bo przecież pisanie to Pana praca. Ale pisanie naukowe, bardzo mądre, a w powieściach chce Pan dotrzeć do zwykłych czytelników lubiących fikcję literacką i po prostu dobrą lekturę na cztery pory roku.

Rzeczywiście, na co dzień piszę teksty „bardzo mądre”, jak to pani ujęła, ale czasami ta mądrość bywa po prostu potwornie nudna. Pisanie powieści czy opowiadań to dla mnie rodzaj wentyla bezpieczeństwa. Pozwala mi uciec od sztywnej metodologii do krainy wyobraźni, gdzie to ja ustalam zasady. Pisanie powieści uczy mnie czegoś, czego nauka często unika, opowiadania historii w sposób angażujący, plastyczny i zrozumiały dla każdego. Jeśli dzięki mojej fikcji literackiej ktoś spędzi udany wieczór, zapominając o codziennych troskach, to mój cel został osiągnięty. Można powiedzieć, że w dzień staram się edukować umysły moich studentów, a wieczorami, poprzez powieści, próbuję dotrzeć do serc zwykłych czytelników. Nad moimi naukowymi książkami teoretycznymi by pozasypiali.

  • Jako profesor, wykładowca, naukowiec zna Pan bardzo dobrze to środowisko uczelniane. Profesorowie, kadra uniwersytetów czy szkół wyższych jest Pana naturalnym środowiskiem. Tu czuje się Pan u siebie. Ale zarazem zauważa, jakie to środowisko naprawdę jest. Dostojne, uczone, szacowne, ale… No właśnie, bo zawsze jest jakieś ale. Tutaj jakie dokładnie?

To środowisko jest jak fascynujący, wielowiekowy zamek. W tym miejscu nawiązuję do mojej ostatniej powieści, której akcja toczy się w murach dawnego zamku, choć w czasach współczesnych. Z zewnątrz widzimy monumentalne, dostojne mury, szacowne rytuały i wielkie tradycje, ale w środku… wciąż mieszkają po prostu ludzie. Profesorowie często lubią myśleć o sobie jako o kapłanach czystej wiedzy, tymczasem prawda bywa taka, że świat akademicki staje się lustrzanym odbiciem korporacji, tyle że ubranym w piękniejsze słowa i bogatszą symbolikę. To… „ale” dotyczy właśnie tego dysonansu między szczytnymi ideałami wypisanymi na uniwersyteckich sztandarach a prozą życia. Pod maską profesorskiego dostojeństwa buzują emocje godne najlepszego thrillera. Obok genialnych umysłów i bezinteresownych pasjonatów, w kuluarach toczą się bezwzględne, zakulisowe gry – drapieżne wyścigi o etaty, punkty za publikacje czy wpływy w Radzie Dyscypliny. Ambicja, która powinna napędzać naukę, w nadmiarze rodzi cynizm, próżność i strach przed utratą pozycji. Tam, gdzie gra toczy się o prestiż, zasady savoir-vivre’u bywają niestety tylko wygodnym parawanem. Oczywiście nie chcę generalizować, bo na wyciągnięcie ręki mamy na uczelniach ludzi kryształowych, ale to właśnie te mroczniejsze, skryte w cieniu gabinetów ludzkie słabości zainspirowały mnie do przelania ich na karty powieści pt. „W białych rękawiczkach…”. Jako naukowiec muszę ten świat badać chłodnym okiem, ale jako pisarz zyskuję bezcenną okazję, by zdjąć z tych szacownych postaci togi i pokazać ich z krwi i kości – z ich lękami, wadami i namiętnościami. Zamiast frustrować się uniwersyteckimi układami, wolałem przekuć te obserwacje w literacką fikcję, która – zapewniam – ma w sobie zadziwiająco dużo autentycznych emocji.

  • Kariera naukowa, stanowiska, władza, zagraniczne stypendia czy staże – to wszystko stanowi przyczynek do podjęcia rywalizacji, bo chęć rozwoju zawodowego i robienia kariery spotkać można w każdym środowisku zawodowym. Także w środowisku uniwersyteckim, uczelnianym. I tu spotyka się dążenie do osiągnięcia celu za wszelką cenę, chęć zrobienia kariery nawet w sposób, który można uznać za mało honorowy. Napatrzył się Pan przez te lata i teraz właśnie w środowisku naukowym, tak dogłębnie Panu znanym, umieszcza akcję swojej najnowszej powieści. Dlaczego zdecydował się Pan na taki wybór? Chyba jednak niełatwy, ponieważ dotyka własnego środowiska pracy.

Decyzja o umieszczeniu akcji w środowisku akademickim rzeczywiście nie była najłatwiejsza, ale z perspektywy pisarza okazała się wręcz oczywista. Istnieje stara, sprawdzona zasada literacka, która mówi – „pisz o tym, co dobrze znasz”. Po dekadach pracy na uniwersytecie nie musiałem budować świata przedstawionego od zera – znam jego zapach, architekturę, rytm dnia, a przede wszystkim psychologię ludzi, którzy go tworzą. Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że moja powieść nie jest osobistym rozliczeniem, uniwersyteckim pamfletem ani próbą wywołania środowiskowego skandalu. Środowisko naukowe posłużyło mi jako doskonałe, niezwykle plastyczne tło do opowiedzenia uniwersalnej historii o ludzkiej naturze. Dążenie do celu za wszelką cenę, dylematy moralne, pokusa władzy czy erozja wartości w obliczu wielkich pieniędzy i prestiżu – to mechanizmy, które rządzą medycyną, polityką, wielkim biznesem i korporacjami. Na uniwersytecie te zjawiska zyskują jednak wyjątkowy, niemal tragiczny wymiar. Dlaczego? Ponieważ zderzają się z mitem instytucji, która z definicji ma być nieskazitelną świątynią prawdy i najwyższych standardów etycznych. Im wyższy i bardziej szacowny ideał, tym boleśniejszy staje się upadek człowieka, który go zdradza. Pisząc tę książkę, nie stawiałem się w roli sędziego moich koleżanek i kolegów. Jako naukowiec i badacz od zawsze fascynowałem się strukturami i systemami, a jako pisarz zacząłem fascynować się pęknięciami w tych strukturach. Przyglądam się temu, co dzieje się z człowiekiem, gdy mechanizm rywalizacji wymyka się spod kontroli, a pragnienie sukcesu zaczyna zagłuszać głos sumienia. To opowieść o wyborach, przed jakimi staje wielu z nas, bez względu na wykonywany zawód. Umieszczenie akcji w moim własnym środowisku wymagało ode mnie oczywiście dużej dyscypliny i literackiego wyczucia, ale wierzę, że dzięki temu ta fikcja literacka zyskała rzadki, głęboki realizm, który zaintryguje każdego czytelnika.

  • Ludzie pozostają ludźmi z ich przywarami i skłonnościami. Rywalizacja niekiedy przysłania morale. Takich właśnie stworzył Pan bohaterów. Sporo tych negatywnych. Tak jak w życiu naukowym?

Konstruując galerię postaci nie kierowałem się chęcią stworzenia czarno-białego zestawienia, w którym środowisko naukowe jawi się jako siedlisko wyłącznie negatywnych bohaterów. W życiu akademickim – dokładnie tak jak w każdym innym – proporcje dobra i zła są rozłożone bardzo podobnie. Jako autor i badacz wychodzę z założenia, że literatura żywi się konfliktem i pęknięciami w ludzkich życiorysach. Postacie krystaliczne, pozbawione wad i dylematów, bywają w powieściach po prostu jednowymiarowe i nudne. To właśnie ci bohaterowie uwikłani, ulegający pokusom, zmuszeni do lawirowania między własnym morale a bezwzględnymi regułami gry, napędzają fabułę i budzą w czytelniku największe emocje. Na uniwersytecie, gdzie stawka często obejmuje nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim prestiż, uznanie i historyczne dziedzictwo, ludzkie przywary zyskują wyjątkowo ostrą optykę. Pokusa pójścia na skróty staje się wtedy bardziej dramatyczna. Jeśli w mojej książce pojawia się sporo postaci negatywnych lub moralnie niejednoznacznych, to nie dlatego, że całe życie naukowe jest zepsute. Wręcz przeciwnie – na swojej drodze spotkałem dziesiątki wybitnych, prawych i głęboko uczciwych naukowców, którzy dla nauki poświęcili wszystko. Jednak to właśnie na tle ich szlachetności i wysokich standardów, jakie wyznaczają, każda rysa na uniwersyteckim dostojeństwie staje się tak bardzo widoczna i bolesna. Pokazuję te negatywne postawy jako przestrogę, a nie jako normę. Moja powieść bada moment, w którym ambicja przestaje być motorem rozwoju, a staje się toksyczną siłą niszczącą relacje i zasady, które jako akademicy przysięgaliśmy przecież chronić.

  • Szlachetne jednostki stanowią dobry kontrast. W Pana powieści to starszy uczony, który nie przestaje wierzyć w ludzi i nie przestaje im pomagać, mimo doznanych krzywd. Czy wzorował się Pan Profesor na kimś konkretnym?

Tak, to prawda. Postać tego starszego uczonego była mi niezwykle bliska i potrzebna, ponieważ głęboko wierzę, że w literaturze – zupełnie jak w życiu – ostatecznie to światło musi wygrać z mrokiem. Ten bohater reprezentuje etos dawnego uniwersytetu, w którym profesor był nie tylko administratorem grantów, ale przede wszystkim mentorem, mistrzem i obrońcą drugiego człowieka. Mimo doznanych krzywd i rozczarowań ludzką małością, jego mądrość polega na tym, że nie daje się zatruć cynizmowi. Zachowuje nieskazitelny kręgosłup moralny. Czy wzorowałem się na kimś konkretnym? W literaturze rzadko przenosi się żywego człowieka na karty książki w skali jeden do jednego, zazwyczaj tworzy się syntezę pewnych postaw. Muszę jednak Pani wyznać, że budując tę postać, miałem przed oczami sylwetki kilku wybitnych, niezłomnych ludzi, których miałem zaszczyt spotkać na swojej naukowej drodze. Pamiętam doskonale profesora Władysława Bojarskiego, zajmującego się prawem kanonicznym, rzymskim i rzeczowym, zaprzyjaźnionego z moimi rodzicami, także ze mną, miałem zaszczyt należeć, jako dużo młodszy od niego człowiek, do grona jego przyjaciół, jak to określał. To była bardzo prawa, dobra i mądra Osoba. Najlepszym tego dowodem jest to, że jego wychowankowie dzisiaj nazwali jedną z ulic na kampusie uniwersyteckim w Toruniu jego imieniem.  Szczerze mówiąc, była to też moja Matka, oddana swym studentom i asystentom, bezinteresownie im pomagająca, nie patrząca na przeciwności losu. Wiem zresztą doskonale, że i w Pani życiu taka postać nie jest jedynie literacką fikcją. Przecież taką właśnie kryształową i szlachetną jednostką, profesorem przez wielkie „P”, który dla całego środowiska prawniczego stanowił i stanowi nadal absolutny wzór naukowej rzetelności oraz głębokiego humanizmu, był pani Ojciec – profesor Leszek Wiśniewski. To tacy ludzie jak on udowadniają, że można przejść przez uniwersytecki świat z podniesioną głową, nie idąc na zgniłe kompromisy i zawsze stawiając dobro drugiego człowieka na pierwszym miejscu. Moja powieściowa postać jest cichym hołdem dla tego odchodzącego już niestety pokolenia uniwersyteckich tytanów i mistrzów, dla których godność naukowca była wartością nadrzędną.

  • A czy młodzi naukowcy są faktycznie tak zepsuci i fałszywi, jak w Pana powieści?

Postawienie tak radykalnej tezy byłoby głęboko niesprawiedliwe i krzywdzące dla tysięcy młodych, niezwykle zdolnych ludzi, którzy z autentyczną pasją i czystymi intencjami wchodzą dziś na drogę nauki. Z pełnym przekonaniem odpowiadam – nie, młodzi naukowcy jako pokolenie nie są zepsuci ani fałszywi. Spotykam na uniwersytecie fantastycznych, pracowitych asystentów i doktorantów, którzy posiadają ogromną wiedzę i wysokie standardy etyczne. W mojej powieści nie skupiam się na ocenie moralnej konkretnego pokolenia, ale na destrukcyjnym wpływie, jaki na młodego człowieka potrafi wywrzeć bezwzględna presja systemu. Dzisiejsi początkujący badacze startują w realiach nieporównywalnie trudniejszych niż te sprzed kilku dekad. Znaleźli się w kleszczach bezlitosnego wyścigu punktowego, rygorystycznych ewaluacji, wiecznej walki o granty i nieustannego lęku o brak stabilizacji zawodowej. Na to nakłada się często proza życia – konieczność spłacania kredytów mieszkaniowych przy uniwersyteckich pensjach, które na start bywają drastycznie niskie. To nie młodzi ludzie są z natury cyniczni – to mechanizmy współczesnej akademii, przypominające bezwzględną grę rynkową, stawiają ich przed tragicznymi wyborami. Niektórzy, słabsi psychicznie lub przyparci do muru przez życiowe okoliczności, ulegają pokusie, by zagrać według tych drapieżnych zasad, rezygnując po drodze z dawnych ideałów. Moja powieść pokazuje ten proces jako dramat jednostki, a nie jako cechę całej generacji. To raczej pytanie o to, czy system, który stworzyliśmy, nie zmusza młodych ludzi do uaktywniania mechanizmów obronnych, które w normalnych warunkach uznalibyśmy za mało honorowe.

  • Jestem właśnie po lekturze najnowszej powieści Pana Profesora, moim zdaniem, absolutnie genialnej, może właśnie dlatego, że tak blisko i głęboko dotyka tego, co tak dobrze Pan zna. Jak się Panu pisało tę książkę? Jak się pisze – bo przecież praca nad nią nadal trwa…

Bardzo dziękuję za tak wysoką ocenę i te niezwykle budujące słowa – dla autora nie ma większej nagrody niż poczucie, że jego opowieść poruszyła czytelnika i wydała mu się autentyczna. Muszę jednak na wstępie sprostować jedno założenie – praca nad tą książką już nie trwa. Ona jest w stu procentach ukończona. Wie Pani dlaczego? Ponieważ wyznaję zasadę, że dopóki nie postawię w tekście tej ostatniej, ostatecznej kropki, nic bym o nim publicznie nie mówił. Dla mnie literatura wymaga absolutnego skupienia i milczenia w trakcie aktu tworzenia. Dopiero gdy zamknę strukturę opowieści, a losy bohaterów zostaną ostatecznie przypieczętowane, zyskuję prawo i bezcenny dystans, by wyjść z gabinetu i zacząć o tej książce rozmawiać. A jak mi się ją pisało? Zaskakująco płynnie, ale też z ogromnym poczuciem odpowiedzialności. Kiedy dotyka się świata, który zna się od podszewki, z jednej strony ma się ułatwione zadanie, bo nie trzeba wymyślać realiów, zapachów czy korytarzowych rytuałów. Z drugiej strony jednak – wymaga to ogromnej dyscypliny, by fikcja literacka nie zamieniła się w publicystykę. Chciałem stworzyć opowieść o uniwersalnych ludzkich namiętnościach, a uniwersytet potraktowałem jako wyjątkowo piękne i plastyczne tło. Ta ostateczna kropka, o której wspomniałem, była dla mnie momentem wielkiej ulgi. Oznaczała, że ten świat żyje już swoim własnym rytmem i jest w pełni gotowy, by oddać go w ręce czytelników.

  • Tym czytelnikiem, chyba najbardziej zainteresowanym książką, będzie właśnie środowisko naukowe oraz studenckie. Nie obawia się Pan, że ktoś może tam odnaleźć siebie i się obrazić?…

Gdybym paraliżował się lękiem przed tym, że ktoś przejrzy się w mojej powieści jak w lustrze i poczuje urażony, nigdy nie chwyciłbym za pióro. Istnieje zresztą pewna stara, niezwykle przewrotna prawda o naturze ludzkiej – otóż czytelnicy mają fascynującą tendencję do odnajdywania cech swoich znajomych w postaciach negatywnych, natomiast w bohaterach szlachetnych i kryształowych – bezbłędnie dostrzegają samych siebie. Jestem więc dziwnie spokojny, że moi szanowni koledzy i koleżanki z uniwersyteckich korytarzy z łatwością przypiszą te mroczniejsze, cyniczne zachowania swoim sąsiadom z gabinetu obok, sami zaś utożsamią się wyłącznie z tymi najszlachetniejszymi postawami. A mówiąc zupełnie poważnie – literatura piękna nie polega na przepisywaniu rzeczywistości w skali jeden do jednego. Nie uprawiam tu uniwersyteckiego reportażu śledczego ani nie piszę biografii z kluczem. Moi bohaterowie to hybrydy, artystyczne syntezy pewnych postaw, lęków i ambicji, które nosimy w sobie wszyscy. Oczywiście, że świat akademicki i studencki odnajdzie w tej książce swoje kody, rytuały, a może nawet znajomy zapach starej uniwersyteckiej piwnicy czy emocje towarzyszące Radzie Dyscypliny. I to jest wspaniałe, bo to oznacza, że tło opowieści jest autentyczne. Jeśli jednak ktoś po lekturze poczuje nagłe ukłucie niepokoju, że jakaś postać jest zbyt mocno do niego podobna… cóż, zamiast się obrażać, warto potraktować to jako intrygujące zaproszenie do autorefleksji. Dobra literatura od zawsze pełniła funkcję takiego lustra. Moim celem nie było ranienie kogokolwiek, lecz stworzenie wciągającej opowieści na cztery pory roku. Wierzę, że moje środowisko, słynące przecież z nieprzeciętnej inteligencji i błyskotliwego ironizmu, przyjmie tę książkę z taką samą klasą i dystansem, z jakimi ja ją dla nich pisałem.

  • Kiedy można się spodziewać ukończenia powieści? Jaki będzie jej tytuł?

Muszę panią nieco zaskoczyć. Otóż ta powieść jest już całkowicie ukończona. Wiem oczywiście, że miała Pani okazję zapoznać się z jej pierwszą, bardzo surową wersją, ale zapewniam, że ostateczny tekst został gruntownie poprawiony i bogato uzupełniony. Postawiłem już w nim tę ostateczną kropkę. Zmodyfikowałbym tylko Pani pytanie – kiedy można się spodziewać jej wydania? Zaryzykuję stwierdzenie, że teraz to już w zasadzie nie zależy ode mnie. Książka ujrzy światło dzienne dokładnie wtedy, gdy Pani zdecyduje i podpiszemy umowę. Wszystko leży w Pani rękach i w terminach, które Pani przypieczętuje. Co do tytułu… Jak już wspomniałem na początku naszej rozmowy, nosi ona tytuł „W białych rękawiczkach…”. Myślę, że po tym wszystkim, o czym dziś rozmawialiśmy – o uniwersyteckich kuluarach, zakulisowych grach, pozorach dostojeństwa i brutalnej walce o wpływy – ten tytuł nie wymaga żadnego dodatkowego komentarza. Idealnie oddaje on fascynujący klimat akademickich katedr oraz ludzkich namiętności. Jeśli nie ma Pani nic przeciwko temu, teraz pozostaje nam tylko zamienić te literackie białe rękawiczki na pióra i podpisać dokumenty.

Dziękuję za rozmowę.

Pytania zadawała PM. Wiśniewska

Fotografia bohatera wywiadu – autorstwo: Renata Misz-Zmorzyńska