Aktualności

e04b773e-4e9b-47a0-8ffe-952f2bdb8b74

Rozmawiamy z prof. Kazimierzem Wolnym-Zmorzyńskim, autorem książek naukowych, powieści obyczajowych, wykładowcą akademickim i naukowcem, pasjonatem aktywnego trybu życia.

  • Napisał Pan kilka fantastycznych powieści, które czyta się rewelacyjnie, to trochę lektura dla relaksu, ale może bardziej – dla refleksji i zadumy nad życiem i ludzkimi losami. Ale dla mnie przede wszystkim to książki o budowaniu więzi oraz relacji międzyludzkich. Z kart powieści wyłania się obraz autora, który sporo wie o ludziach. Kto ukształtował wrażliwość Pana Profesora? Która z osób w Pana życiu okazała się najistotniejsza? Która wywarła wpływ na Pana?

Budowanie więzi to najtrudniejsza z ludzkich sztuk, dlatego cieszę się, że to właśnie ten fundament moich powieści został przez Panią dostrzeżony. Moja wrażliwość nie narodziła się w próżni ani wyłącznie na uniwersytetach. Kształtowała się na styku trzech światów: domu rodzinnego, uważnej obserwacji codzienności oraz fascynacji wielką literaturą – lekturą klasycznych powieści realistycznych, psychologicznych i obyczajowych. Jeśli miałbym wskazać źródło tej wrażliwości, to w moim życiu kluczowe okazały się relacje z osobami, które uczyły mnie empatii nie poprzez wielkie manifesty, ale przez drobne gesty solidarności z drugim człowiekiem. To oczywiście moi Rodzice oraz moi Dziadkowie. Szczególne miejsce w moim sercu i pamięci zajmuje Babcia Weronika, matka mojej Mamy. To od niej, w cieple domowego ogniska, uczyłem się tej intuicyjnej mądrości, czułości do świata i drugiego człowieka, której nie da się wyczytać z żadnych uniwersyteckich podręczników. Te życiowe lekcje niezwykle silnie rezonowały we mnie później, gdy jako młody człowiek zacząłem zagłębiać się w literaturę. Tego samego szacunku dla ludzkich losów szukałem u wielkich realistów. Zawsze fascynowało mnie, jak w „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej bohaterowie budują więzi nie poprzez płomienne przemowy, ale przez wspólną, cichą pracę, pamięć o przeszłości i codzienne gesty, które trzymają w całości lokalną społeczność. Podobnie u Bolesława Prusa – to małe, codzienne dramaty zwykłych ludzi uczyły mnie, jak patrzeć pod powierzchnię rzeczywistości. Jako profesor przywykłem do analizowania struktur, pojęć i definicji. Jednak jako pisarz wiem doskonale, że żywy człowiek zawsze wymyka się wszelkim naukowym wzorom i tabelom. Moje książki są w gruncie rzeczy próbą spłacenia długu wdzięczności wobec moich bliskich, wobec Babci Weroniki i tych wszystkich, którzy poświęcili mi swój czas. To oni nauczyli mnie słuchać i pokazali, że pod warstwą codziennych masek, które na siebie zakładamy, zawsze kryje się ta sama, uniwersalna tęsknota za autentycznym porozumieniem i miłością.

  • A kto ze spotkanych w życiu osób odcisnął sobą ślad niezapomniany, ale zarazem spowodował rodzaj katharsis? Może teraz określenie bardziej adekwatne to trauma. Zatem – życiowe relacje obarczone traumą? W każdym razie jej ślad uwidocznia się w losach Pana bohaterów. Stąd i wniosek – zna się Pan na traumatycznych doznaniach w relacjach międzyludzkich.

Pyta Pani o osobę, która odcisnęła we mnie ten najważniejszy, niezapomniany ślad i wywarła na mnie największy wpływ. Jeśli mam wskazać ten najgłębszy fundament, to muszę wrócić do domu rodzinnego i moich rozmów z Ojcem. Obserwowałem go przez całe życie – dawał mi nieskazitelnie piękny przykład zarówno swoją codzienną postawą moralną, jak i ogromną mądrością edukacyjną. Ojciec był człowiekiem niezwykle odważnym, potrafił bezkompromisowo walczyć o prawdę i umiał ją prosto w oczy powiedzieć, nawet tę najbardziej bolesną. Nie był tchórzem. Miał przy tym rzadki rodzaj intuicji i empatii – potrafił wyczuć złych, nieszczerych ludzi na odległość, i to nawet w skomplikowanych układach rodzinnych. Przez to ci słabsi, którzy nie grzeszyli uczciwością, nie bardzo go lubili, nie przepadali za nim i często próbowali mu ujmować, ale on zupełnie się tym nie przejmował. Przyznam szczerze, że jako młody człowiek miałem czasem do niego o to pretensje. Wydawało mi się, że jest zbyt surowy w swoich osądach. Jednak z perspektywy czasu widzę wyraźnie, że miał wtedy wręcz świętą rację. Był sprawiedliwy, wyznawał bezkompromisową zasadę „tak – tak, nie – nie…”, a to przecież ludziom rzadko się podoba. Podobna, a nawet identyczna pod tym względem jest moja Żona. Ojciec zawsze był dla mnie niedoścignionym wzorem i mistrzem. Z perspektywy lat muszę z pokorą przyznać, że mu nie dorównuję. Niestety, tego mojego życiowego Mistrza nie prześcignąłem – a wielka szkoda, bo to człowiek o rzadko spotykanym formacie. To ta relacja, pełna szacunku i czystego dobra, ukształtowała moją wewnętrzną busolę. Mając w pamięci ten jasny i bezkompromisowy wzorzec, znacznie trudniej było mi później mierzyć się z cieniami, które niesie ze sobą świat zewnętrzny. Dotyka Pani tematu, który w literaturze bywa najtrudniejszy, bo granica między tanią sensacją a prawdziwym dramatem jest niezwykle cienka. Trauma to nie tylko bolesne wydarzenie z przeszłości. To filtr, przez który człowiek patrzy na cały późniejszy świat, na każdą nową relację i próbę zaufania. Tworząc postacie w moich książkach, nie potrafiłbym pisać o głębokich więziach, ignorując ich cienie. Czy znam traumę z autopsji? Oczywiście przeżywałem bardzo trudne momenty, ale trzeba było sobie z tym radzić, stawiając czoła przeciwnościom. Każdy, kto przeżył wystarczająco dużo lat i potrafi rzetelnie ocenić swoje życie, nosi w sobie pęknięcia. Poza bezpiecznym światem, jaki wyniosłem z domu, spotkałem ludzi, których obecność w moim życiu była bardzo destrukcyjna, a wyjście z tych relacji wymagało bolesnego przewartościowania wszystkiego, w co wierzyłem. To były moje własne momenty graniczne. Pisarz nie musi jednak doświadczyć każdego nieszczęścia świata, by o nim pisać – musi natomiast posiadać zdolność do emocjonalnego rezonansu. Kiedy piszę o traumie, nie robię tego dla pustego epatowania bólem. Interesuje mnie moment, który następuje po niej – jak moi bohaterowie zbierają odłamki swojego życia i czy potrafią z tych kawałków zbudować nową, choćby i naznaczoną bliznami, tożsamość. To jest właśnie to literackie i ludzkie katharsis.

  • Tajemnica to też stały motyw Pana powieści. I znowu – tyle autora w książce, ile sam przeżył. Czy i w Pana życiu były tajemnice do rozwikłania, tajemnice losów rodzinnych? A może nasłuchał się Pan tajemnic rodzinnych opowieści? A może właśnie było za spokojnie, wręcz nudno i teraz to trzeba nadrobić własną fantazją?…

Gdyby literatura była tylko autobiografią, nasza wyobraźnia byłaby skrępowana, zniewolona. Tajemnica, która powraca w moich powieściach, to dla mnie fundamentalny element ludzkiej kondycji. Każdy z nas jest przecież dla drugiego człowieka zagadką. Chcę jednak wyraźnie rozgraniczyć dwie rzeczy, by zachować pełną konsekwencję. Jak wspominałem wcześniej, w moim domu rodzinnym, a także w moim małżeństwie, nie ma miejsca na niedomówienia czy ciche dni – bo to niszczy relacje. Atmosfera w naszym domu jest znakomita właśnie dlatego, że rozmawiamy odważnie i wprost. Kiedy więc mówię o tajemnicach, z których czerpie moja literatura, mam na myśli zupełnie inny poziom milczenia – tajemnice historyczne i pokoleniowe. Środowisko, z którego się wywodzę, doświadczyło wielkich trudów historii. W tamtych dawnych, wojennych i powojennych czasach, przemilczenia i tematy tabu były często strategią przetrwania. Słuchałem tych opowieści jako dziecko i młody człowiek. To nie były toksyczne niedomówienia między kochającymi się ludźmi, ale wielkie, rodowe sekrety przekazywane szeptem z pokolenia na pokolenie, w których rzeczywistość z konieczności stawiała kropkę lub milczała. Jako młody chłopak próbowałem intuicyjnie łatać dziury w tych narracjach. Pisarstwo stało się przedłużeniem tego procesu. Tam, gdzie historia zamilkła, moja fantazja zaczynała pracować. Właśnie dlatego w takich powieściach jak „Sekret Sabiny”, „Czas kwarantanny” czy „Zgrzeszyłem” czysta fikcja literacka tak gęsto przeplata się z prawdą – z autentycznymi przeżyciami prawdziwych ludzi oraz postaci fikcyjnych. Przenoszę na grunt moich powieści technikę reportażową, pozwalając surowym faktom mówić samym za siebie. W moim warsztacie ta reportażowa surowość idealnie współgra z techniką behawioralną, ale stosuję ją w sposób wyważony. W moich książkach opisy zewnętrznych czynów i gestów bohaterów – jak „nerwowe milczenie” czy „unikanie wzroku” – stale przeplatają się z bezpośrednim przywoływaniem ich wewnętrznych myśli. Nie rezygnuję z wnikania w ich psychikę. Pokazuję kontrast między tym, co człowiek robi na zewnątrz, a tym, co kłębi się w jego głowie. Dopiero to połączenie reportażowej obserwacji z tradycyjną głębią psychologiczną pozwala mi pokazać, jak te wielkie, historyczne i rodowe tajemnice potrafią deformować ludzkie losy po wielu latach, mimo że w codziennym życiu tak bardzo pragniemy szczerości.

  • Bohaterowie wykreowani w Pana książkach posługują się staranną, piękną polszczyzną. Ale współczesny język nie tak wygląda. Zwłaszcza w młodym pokoleniu. Wzorcowa polszczyzna bardziej odstrasza od czytania, Pan jednak jest jej wierny. Dlaczego?

Moja wierność starannej polszczyźnie to nie wyraz nostalgii za minioną epoką ani akademicki snobizm. To głęboko przemyślana strategia i mój osobisty manifest. Chciałbym jednak w tym miejscu zrobić jedno ważne zastrzeżenie i oddać sprawiedliwość tym, którzy pomagają mi ten ideał realizować. Ostateczny kształt języka moich powieści bardzo dużo zawdzięcza doskonałej korekcie i opracowaniom redakcyjnym. Jestem niezmiernie wdzięczny państwu doktor Annie i doktorowi Sebastianowi Surendrom, którzy w Wydawnictwie „Silva Rerum” z ogromną czułością dbają o mój przekaz. Sam doskonale zdaję sobie sprawę, że pisząc w pośpiechu, w nieustającej gonitwie myśli, popełniam błędy. Ich praca pozwala mi zachować czystość formy, nad czym czuwają. Wracając jednak do samej istoty pytania – żyjemy w czasach drastycznej brutalizacji języka. Współczesna komunikacja została sprowadzona do haseł, skrótów i emotikonów. Tracąc subtelność językową, bezpowrotnie tracimy zdolność do nazywania skomplikowanych stanów emocjonalnych. Jak mamy budować głębokie relacje, o których rozmawiamy, jeśli brakuje nam słów na opisanie miłości, lęku, wstydu czy nadziei? Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że dbałość o literacką polszczyznę nie oznacza, że tworzę bohaterów papierowych, sztucznych czy przesadnie ugrzecznionych. Moi bohaterowie to ludzie z krwi i kości, targani różnymi emocjami. I tak jak w życiu – w momentach granicznych, w chwilach bezsilności, wściekłości czy głębokiego kryzysu, sięgają po wulgaryzmy. Przekleństwo w literaturze ma jednak swoją wagę. Stosuję je wyłącznie w tak zwanych stosownych momentach tam, gdzie język salonowy po prostu kapituluje przed brutalnością rzeczywistości. Kiedy mocne słowo pojawia się rzadko, uderza w czytelnika z całą swoją mocą, stając się precyzyjnym narzędziem dramaturgicznym, a nie zwykłym, bezrefleksyjnym przerywnikiem. Polemizowałbym jednak z tezą, że wzorcowy język odstrasza czytelników. Z moich obserwacji wynika, że są oni po prostu zmęczeni wszechobecną trywialnością, która tak mocno zalewa przestrzeń publiczną. Szukają w literaturze schronienia, estetycznego oparcia i szacunku dla słowa. Poprawna polszczyzna, przełamana czasem autentycznym, surowym tąpnięciem emocjonalnym, to mój sposób na oddanie prawdy o człowieku. Chcę pokazać, że o sprawach trudnych i nowoczesnych można pisać właśnie poprawnym językiem, nie tracąc przy tym ani grama realizmu.

  • Niedopowiedzenia obarczają relacje międzyludzkie, tworzą przepaście nie do przebycia. Pana bohaterowie potrafią ze sobą rozmawiać, nazywać emocje i swoje stany, potrafią poopowiadać i się zwierzać. W prawdziwym życiu tak nie jest, a przynajmniej częstokroć właśnie nie bywa i stąd problemy. Jak powinniśmy ze sobą rozmawiać, by budować relacje i więzi międzyludzkie? By tworzyć związki, rodzinę, a nie je rozwalać?

To, że moi bohaterowie potrafią rozmawiać i nazywać swoje emocje, nie jest dziełem przypadku, ale świadomym wyborem literackim i życiowym. Moja własna wrażliwość i przekonanie o sile słowa mają bardzo konkretne źródło. To mój dom rodzinny, jak wspomniałem wcześniej. Miałem to ogromne szczęście, że wychowałem się w otoczeniu rodziców, którzy bardzo się kochali i głęboko szanowali. Obserwowałem ich codzienność i to właśnie od nich nauczyłem się, że miłość to nie tylko wielkie uniesienia, ale przede wszystkim bezpieczna przestrzeń do rozmowy. W moim domu rodzinnym nie było miejsca na tak zwane ciche dni, męczące milczenie. To w domu uczyłem się, że wypowiedziane na głos słowo ma moc uzdrawiania, a nie niszczenia. Ma Pani rację, że w prawdziwym życiu niedopowiedzenia to najkrótsza droga do katastrofy. Ludzie często milczą, bo boją się zranienia, oceny albo odrzucenia. Budują wokół siebie mury z dąsów i domysłów, oczekując, że druga strona domyśli się ich potrzeb. To błąd, który rozbija najwspanialsze związki. A jak powinniśmy rozmawiać? Odważnie i wprost. Tego nauczyłem się od mojej Żony. Trzeba zrzucić pancerz dumy. Rozmowa budująca więź wymaga odwagi do pokazania swojej bezbronności. Trzeba odważnie mówić o swoich lękach, tęsknotach i zranieniach, zamiast przekuwać je w złość lub ironię. Poza tym nie wolno się oskarżać, bo to wzmaga agresję. Trzeba też umieć odważnie mówić o uczuciach i to wprost. Nie wolno niczego ukrywać, kłamać, bo to prędzej, czy później, co chcieliśmy ukryć – wyjdzie na jaw. Ważne jest też to, by słuchać, rozumieć. Nie musimy od razu odpowiadać. Największym grzechem współczesnej komunikacji jest to, że czekamy na swoją kolej do repliki, zamiast autentycznie wniknąć w to, co przeżywa nasz rozmówca. Moi bohaterowie rozmawiają, ale i też się kłócą. Chcę dać moim czytelnikom do zrozumienia, że choć nazywanie emocji bywa trudne i wymaga wysiłku, to jest to jedyna droga do ocalenia bliskości. Rodzina i związek dwojga ludzi nie są dane raz – jak doskonale wiemy – na zawsze. To żywe organizmy, które trzeba codziennie karmić mądrą, pełną szacunku obecnością i rozmową. Dokładnie tak, jak robili to moi rodzice, jak jest u mnie w domu. Niestety słyszę, jak dziś rozmawiają rodzice z dziećmi, sami często przeklinają, wyzywają się. To jest okropne.

  • Jakie to są magiczne słowa, które pomagają w porozumieniu międzyludzkim?

Wszyscy znamy te klasyczne magiczne słowa: „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”. W relacjach małżeńskich i rodzinnych najważniejsze są jednak inne komunikaty – te, które potrafią natychmiast rozbroić tykającą bombę emocjonalną. To słowa takie jak: „rozumiem cię”, „masz prawo tak czuć”, „jestem przy tobie”. Magią jest też codzienne zachwycanie się urodą żony, dostrzeganie jej starań, a przede wszystkim skupianie uwagi na dobrych, a nie na złych sytuacjach czy gestach. Kiedy jednak pytamy o sekret trwałości relacji, warto czasem spojrzeć wstecz. Zastanawiam się czasem, dlaczego dawniej małżeństwa były o wiele trwalsze i rzadziej dochodziło do rozwodów. Oczywiście zmieniły się czasy, ale tkwi w tym również pewna głęboka psychologiczna mądrość naszych matek i babć. Kobiety w tamtych pokoleniach rzadziej stawiały sprawy na ostrzu noża. Bywały genialnymi dyplomatkami. Gdzie leżało źródło sukcesu tamtych dobrych, wieloletnich relacji? Może właśnie w tej subtelnej strategii, kiedy to żona z uśmiechem przytakiwała mężowi, dawała mu poczucie, że ma rację, a potem… i tak spokojnie, mądrze robiła swoje. Taka postawa to nie był żaden brak niezależności czy słabość. Wręcz przeciwnie – to dowód najwyższej inteligencji emocjonalnej i ogromnej siły. Chodzi o to, by zarządzać męskim ego w taki sposób, by nie wyzwalać niepotrzebnej agresji i nie niszczyć wspólnego domu dla chwilowego triumfu w kłótni. Literatura doskonale to dokumentuje. Znakomicie opisał to Melchior Wańkowicz w „Zupie na gwoździu”. Młoda dziewczyna pyta tam swą babcię: „Co ma robić żona, by dać szczęście mężowi?” i słyszy w odpowiedzi: „Moja droga, dobra żona nie powinna być mądrzejsza od męża, a jeśli jest mądrzejsza, to nigdy ma tego nie pokazać”. Innym przykładem są „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej. Barbara Niechcic nieustannie się zamartwia i dyskutuje, ale to właśnie jej wewnętrzny upór oraz codzienna, cicha krzątanina ostatecznie kształtują domową i rodzinną rzeczywistość Serbinowa, podczas gdy Bogumił ma niezłomne poczucie, że to on rządzi całym gospodarstwem. Czy to jest uniwersalna recepta na udany związek? Tego nie wiem, ale z pewnością współcześnie zbyt często wchodzimy w dyskusje z pozycji siły, chcąc za wszelką cenę postawić na swoim, co rodzi tylko opór drugiej strony. W relacji z drugim człowiekiem magia polega na tym, by wiedzieć, kiedy odpuścić walkę o rację na rzecz walki o relację. Komunikacja to nie pole bitwy, gdzie ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać. Czasem drobny, dyplomatyczny krok w tył pozwala nam wspólnie pójść o dwa kroki naprzód.

  • A których słów, zwrotów, zdań unikać w relacjach?

Muszę zacząć od ważnego zastrzeżenia: nie jestem psychologiem ani terapeutą par. Nie mam wykształcenia w tym kierunku i zastanawiam się, czy mam formalne prawo oraz dostateczną wiedzę naukową, by autorytatywnie odpowiadać na takie pytania. Nie chciałbym tu występować w roli eksperta od ludzkiej psychiki. Jednak jako autor powieści obyczajowych, spędzam często czas na niezwykle bacznej obserwacji ludzi. Słucham ich na ulicy, w kawiarniach, w restauracjach, na uniwersyteckich korytarzach, a potem analizuję te zachowania, rozpisując losy moich bohaterów. I to właśnie ta wieloletnia obserwacja – połączona z moim własnym doświadczeniem życiowym – daje mi pewne podstawy, by podzielić się moimi spostrzeżeniami. Z moich obserwacji wynika, że w relacjach najgorsze jest nadużywanie zwrotów typu: „ty zawsze…”, „ty nigdy…”. To są językowe wyroki śmierci dla każdej rozmowy. Kiedy mówimy do kogoś bliskiego: „ty zawsze o wszystkim zapominasz” albo „ty nigdy mnie nie wspierasz”, „na tobie nie można polegać”, „nie mam zaufania do ciebie” natychmiast zamykamy drogę do porozumienia. Druga strona nie słyszy już naszego problemu, słyszy jedynie atak i automatycznie przechodzi do obrony lub kontrataku. Te słowa unieważniają wszystkie dobre chwile i starania z przeszłości. Drugą kategorią zwrotów, których powinniśmy bezwzględnie unikać, są komunikaty pogardy i lekceważenia, takie jak: „znowu przesadzasz”, „histeryzujesz” czy „daj spokój, gadasz głupoty”. Mówiąc w ten sposób, wysyłamy sygnał: „twoje uczucia nie są dla mnie ważne”. Jak tego unikać? Najlepszy wzorzec mam we własnym domu. Moja Żona posiada genialną i rzadką umiejętność postępowania ze mną. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że ona nigdy nie ma do mnie pretensji w taki klasyczny, destrukcyjny sposób. Nawet jeśli pojawia się jakaś sytuacja sporna i Żona chce mi zwrócić na coś uwagę, to ja tego w ogóle nie odczuwam jako ataku. Dlaczego? Ponieważ potrafi dobrać tak trafne, a jednocześnie niezwykle łagodne sformułowania, że zamiast budować mur, od razu szukamy porozumienia. Dzięki tej jej językowej mądrości (jest z wykształcenia językoznawcą) i delikatności atmosfera w naszym domu jest po prostu znakomita. Nie ma w niej jadu ani cichych dni. W moich książkach, jak choćby w „Czasie kwarantanny” czy „Odmiennym stanie”, moi bohaterowie często potykają się właśnie o te językowe pułapki, których moja Żona tak pięknie potrafi unikać. Jako obserwator ludzkich losów widzę, że to nie wielkie zdrady najczęściej niszczą związki. Najczęściej niszczy je ta codzienna, drobna erozja języka – kropla po kropli, aż z szacunku nie zostanie zupełnie nic. A wystarczy, wzorem mojej Żony, zamienić pretensję na łagodność.

  • Jak przełamać impas w relacjach, jakich użyć słów, by znowu nawiązać porozumienie w związku czy relacji przyjacielskiej w fazie kryzysu?

To po raz kolejny jest pytanie, z którym należałoby się zwrócić raczej do psychoterapeuty niż do mnie. Moja naukowa codzienność to genologia dziennikarska oraz teoria reportażu. Badam teksty, gatunki, strukturę opowieści, a nie kliniczne mechanizmy ludzkich kryzysów. Moja wiedza o życiu i mechanizmach, które rządzą relacjami, ma zupełnie inne korzenie. Pochodzi z mojego domu rodzinnego, z moich własnych, osobistych przeżyć, ale także – co dla mnie jest niezwykle ważne – z wieloletniej lektury reportaży. Reportaż to przecież literatura faktu, teksty bolesne, bliskie życia i tylko życia. To historie prawdziwe, niezmyślone, w których ludzie mierzą się z najtrudniejszymi granicami swojego istnienia. Tylko z tego unikalnego splotu teorii, literatury faktu i własnej codzienności mogę dać odpowiedź na to pytanie. Przełamanie impasu w fazie głębokiego kryzysu wymaga słów, które mają w sobie siłę do całkowitego rozbrojenia własnego ego. Żeby nie było tak bajecznie – choć nieustannie chwalę moją Żonę za jej genialną dyplomację, to my również się czasami kłócimy. I muszę tu z pokorą uderzyć się w pierś – te spięcia powstają niestety z mojego powodu. Bywam bardzo trudnym partnerem. Zdarza mi się nie słuchać uważnie tego, co Żona ma do powiedzenia, często uparcie stawiam na swoim, co ją naturalnie irytuje. Umiem się jednak do tego przyznać. Moim sprawdzonym sposobem na przełamanie takiego impasu jest kontrolowany dystans do siebie samego. Najczęściej rozładowuję napięcie żartem. Robię wtedy z siebie kompletną niedorajdę, czasem wręcz kpiarza, potrafię obrócić sytuację w groteskę. Choć w głębi duszy doskonale wiem, że niedorajdą nie jestem, a w trudnych sytuacjach nigdy nie kpię z samych problemów – bawię się nimi w sposób wyważony i z ogromnym wyczuciem, by nie pogorszyć sytuacji. Ta chwila językowej i wizerunkowej kapitulacji działa cuda. Moje udawane potknięcie zdejmuje z Żony złość i pozwala nam znowu się uśmiechnąć. Literatura od wieków zna tę potężną moc humoru i zakładania maski kpiarza dla ratowania sytuacji. Najlepszym, rdzennie polskim przykładem jest Onufry Zagłoba z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Kiedy wokół wybuchały konflikty, kłótnie i kryzysy, to właśnie Zagłoba – robiąc z siebie podszytego tchórzem grubasa, niedorajdę i pijaczynę – potrafił rozbroić najgorsze napięcia między dumnymi, zacietrzewionymi polskimi rycerzami. W głębi duszy był to przecież człowiek o genialnym umyśle, strateg i wierny przyjaciel, ale owa maska kpiarza pozwalała mu ratować relacje i ludzkie życie tam, gdzie racjonalne argumenty dawno przegrały z dumą. W kryzysie przyjacielskim lub małżeńskim słowa muszą działać jak biała flaga, ale nieoznaczająca poddania się, lecz propozycję rozejmu. Czasem zamiast ciężkich, psychologicznych formuł, wystarczy odrobina zbawiennego humoru i odwagi, by zepchnąć własne ego z piedestału. Trzeba przestać się licytować na krzywdy, a należy zacząć rozmawiać o tym, co nas kiedyś łączyło. Tylko prawda i dystans mają moc oczyszczającą. Dumne milczenie jedynie ten impas betonuje.

  • Czy szczerość i prawda zawsze są dobre? Bohaterowie Pana książek często mają właśnie takie dylematy… Czy zatrzymać przy sobie tajemnicę i nieść jej ciężar, czy też wyzwolić siebie? Czy szczerość nie nosi w sobie piętna bezwzględności? Oto są pytania nie tak łatwe do rozstrzygnięcia. Stawia je Pan swoim postaciom, ale i podaje pytanie dalej. Jak to jest z tą prawdą bezwzględną?

Jako autor powieści obyczajowych muszę odpowiedzieć wprost: nie, bezwzględna prawda nie zawsze jest dobra. Czasami bywa niszczycielska, a ślepy nakaz absolutnej szczerości nosi w sobie głębokie piętno egoizmu i bezwzględności. W życiu, tak jak i w literaturze, stajemy przed dramatycznym wyborem: czy wyjawić prawdę, by zrzucić ciężar z własnego sumienia – i tym samym uleczyć siebie kosztem zranienia kogoś bliskiego – czy też podjąć heroiczną decyzję o zachowaniu tajemnicy, by nieść jej brzemię w samotności, chroniąc tych, których kochamy. Moi bohaterowie bezustannie krążą wokół tego dylematu. Najlepszym tego przykładem jest właśnie „Czas kwarantanny”. Ta książka to w gruncie rzeczy głęboka opowieść o miłości, która zostaje wystawiona na najtrudniejszą próbę w warunkach przymusowej izolacji. Zamknięcie zmusza bohatera do stanięcia twarzą w twarz z demonami przeszłości, z sekretami, które nagle zaczynają mu ciążyć. Pokazuję tam, że prawdziwa miłość to nie jest bezmyślne rzucanie komuś w twarz bolesnych faktów z przeszłości w imię rzekomej „szczerości”. W „Czasie kwarantanny” to właśnie miłość uczy bohaterów, że czasami trzeba oszczędzić drugą osobę, że dojrzałość polega na dawkowaniu prawdy z ogromną czułością i wyczuciem, albo po prostu jej przemilczeniem. Ten motyw powraca też w innych moich powieściach. W „Zgrzeszyłem” zmagania młodego człowieka z przeciwnościami losu kręcą się wokół grzechu zaniechania i bolesnych sekretów. Czy wyznanie prawdy przyniesie tam odkupienie, czy jedynie zwielokrotni ból? Z kolei w „Sekrecie Sabiny” tytułowy sekret staje się integralną częścią walki z chorobą i trudną codziennością. Sabina ukrywa pewne rzeczy nie dlatego, że chce kłamać dla własnej korzyści, ale dlatego, że miłość i odpowiedzialność za drugiego człowieka nakazują jej dawkować prawdę w taki sposób, by nie odebrać najbliższym nadziei na przeżycie. Zawsze powtarzam, że prawda bez miłości i empatii staje się okrucieństwem. Uważam, że tajemnica bywa czasem koniecznym schronieniem. Jeśli wyznanie prawdy ma jedynie zniszczyć czyjś świat, nie budując na tych zgliszczach niczego dobrego, to najwyższą formą miłości jest milczenie. Istnieje ogromna różnica między podłym oszustwem a pełną miłości ochroną drugiego człowieka poprzez powściągliwość. Moje książki nie dają łatwych odpowiedzi – podaję to pytanie czytelnikowi, by sam, patrząc na losy moich postaci, zapytał siebie: „Co ja zrobiłbym z taką wiedzą? Czy miałbym siłę milczeć, by chronić tych, których kocham?”.

  • Uczy Pan studentów. Czy zauważa Pan w tym młodym pokoleniu trudności komunikacyjne? Problemy w budowaniu relacji? Czy nie jest tak źle?

Jako wykładowca akademicki mam ten przywilej, że od lat stoję twarzą w twarz z kolejnymi rocznikami młodych ludzi. Mogę więc obserwować zachodzące w nich zmiany nie z pozycji teoretycznych badań socjologicznych, ale bezpośrednio z sali wykładowej i uniwersyteckich korytarzy. I odpowiadając na Pani pytanie, tak. Niestety jest źle. Zauważam w tym pokoleniu ogromne, narastające trudności komunikacyjne, które bezpośrednio przekładają się na potężne problemy z budowaniem autentycznych relacji. Najbardziej uderzającym i zarazem smutnym obrazkiem, jaki widzę niemal codziennie, jest sytuacja, gdy na korytarzu przed salą siedzi obok siebie grupa młodych ludzi. Mogłoby się wydawać, że skoro są rówieśnikami i studiują ten sam kierunek, to korytarz powinien tętnić gwarem rozmów, śmiechem, wymianą myśli. Tymczasem panuje tam nienaturalna cisza. Wszyscy mają opuszczone głowy i wzrok utkwiony w ekranach smartfonów. Co najbardziej paradoksalne i przerażające, oni często rozmawiają ze sobą, siedząc ramię w ramię, ale robią to za pośrednictwem komunikatorów, pisząc esemesy i wysyłając inne wiadomości przez te aplikacje, których nazw nawet nie podejmuję się spamiętać. To ciągłe patrzenie w telefon sprawia, że młode pokolenie dobrowolnie rezygnuje z realnej obecności drugiego człowieka. Komunikacja za pośrednictwem ekranu komputera czy telefonu zdejmuje z nich konieczność konfrontacji z żywą emocją. W internecie można kogoś „skasować”, wyciszyć, można przemyśleć każdą odpowiedź lub ukryć się za emotikonem. W prawdziwym życiu tak się nie da. Prawdziwa relacja wymaga spojrzenia w oczy, odczytania mowy ciała, tonu głosu, a przede wszystkim – wymaga tolerancji dla ciszy i niezręczności, które są naturalnym elementem ludzkich spotkań. Młodzi ludzie spłycają swój język, o czym wspominałem już wcześniej, zastępując bogatą polszczyznę uproszczonym kodem obrazkowo-tekstowym. W efekcie, kiedy przychodzi moment realnego kryzysu, kiedy trzeba nazwać swój lęk, miłość, bezsilność czy poczucie zagubienia, oni nagle stają się bezbronni i niemi. Nie potrafią wyjść poza schemat krótkich komunikatów. Zamykają się w swoich cyfrowych bańkach, przez co – mam wrażenie, ale może się mylę, bo to mój punkt widzenia – stają się pokoleniem niezwykle samotnym, mimo że stale podłączonym do sieci. Moje książki, w których bohaterowie tak dużo ze sobą rozmawiają, są w pewnym sensie moim cichym protestem przeciwko tej wszechobecnej, smartfonowej izolacji. Chcę przypomnieć moim studentom i czytelnikom, że najpiękniejszych rzeczy w życiu nie da się przeżyć przez ekran telefonu.

  • A czego można się nauczyć z Pana książek i od Pana bohaterów?

Zawsze powtarzam, że literatura obyczajowa nie powinna być jedynie lustrem, w którym bezrefleksyjnie odbija się rzeczywistość. Powinna być czymś więcej – drogowskazem, a czasem wręcz kołem ratunkowym. Nie piszę książek o tematyce obyczajowej po to, by pouczać czytelnika z pozycji mędrca, ale po to, by zaprosić go do wspólnej drogi. Jeśli miałbym wskazać, czego można się nauczyć od moich bohaterów, w pierwszej kolejności zwróciłbym uwagę na odwagę do przyznawania się do błędów. Postacie z takich powieści jak „Zgrzeszyłem” czy „Odmienny stan” rzadko są herosami bez skazy. To ludzie, którzy popełniają błędy, noszą w sobie bolesne sekrety i doświadczają traum. Jednak tym, czego można się od nich nauczyć, jest moment, w którym decydują się zrzucić pancerz dumy i zaczynają z pokorą patrzeć na otaczający ich świat. Uczą, że przyznanie się do własnej słabości czy zagubienia nie jest porażką, ale najwyższym aktem odwagi. Dopiero gdy stajemy przed drugim człowiekiem bez masek, jesteśmy w stanie zbudować autentyczną więź. Po drugie – moi bohaterowie uczą sztuki dialogu i słuchania. W dobie smartfonowej ciszy, o której przed chwilą rozmawialiśmy, przypominają oni o sile wypowiedzianego słowa. Pokazują, jak nazywać swoje stany emocjonalne i jak nie ranić innych. Udowadniają, że w relacji małżeńskiej czy przyjacielskiej trzeba czasem schować własne ego i – wzorem mojej Żony – zamienić pretensje na łagodne, pełne szacunku sformułowania. Z kart takich książek jak „Czas kwarantanny” czy „Sekret Sabiny” płynie lekcja, że o miłość i rodzinę trzeba walczyć każdego dnia, karmiąc je uważną obecnością. Po trzecie – moje książki uczą nadziei, że z każdego nieszczęścia można się podnieść. Pokazując dramatyczne losy moich postaci, nie chcę czytelnika zasmucać. Chcę mu pokazać, że nawet po najgłębszym kryzysie istnieje szansa na wspomniane przez Panią katharsis. Chciałbym, żeby moje książki uczyły pokory wobec losu, ale też niezłomnej wiary w to, że człowiek ma w sobie ukrytą siłę, by pozbierać odłamki swojego życia i zacząć od nowa. Docierają do mnie głosy, że moje powieści szybko się czyta, a akcja mocno wciąga. Oczywiście bardzo mnie cieszy, że dają one czytelnikom poczucie relaksu. Chciałbym jednak, aby po odłożeniu książki na półkę, odbiorca przede wszystkim pomyślał o swoich bliskich. Być może ktoś pod wpływem lektury odważy się na tę jedną, odkładaną od lat rozmowę? Jeśli moje książki skłonią choć jednego człowieka do takiego kroku, to jako autor będę miał poczucie, że w pełni spełniłem swoje zadanie.

Dziękuję za rozmowę.

Pytania zadawała PM. Wiśniewska

Fot. Renata Misz-Zmorzyńska