Aktualności

czasy dermatologii

Prof. Elżbieta Krajewska-Kułak, profesor medycyny, społecznik, ujawnia początki swojej kariery i wybór drogi zawodowej, który to zawód, powołanie, zdeterminował jej życie.

  • Czym się Pani kierowała, wybierając swój zawód, studia? Młodzi ludzie tak często są pogubieni, nie wiedzą, czego chcą od życia, od siebie… Co chcą robić w tym życiu.

Od kiedy pamiętam zawsze chciałam być lekarzem. Oczywiście zaczynałam od leczenia lalek, robienia zastrzyków kaktusom, potem leczyłam misie, przynosiłam do domu wszystkie chore koty z podwórka, a potem, już w liceum, wybrałam klasę o profilu matematyczno-fizycznym, ponieważ nie było wtedy profilu biologicznego, a humanistyczny i ogólny nie bardzo mi się kojarzył z medycyną. Niestety, nie od razu moje marzenie się spełniło. Ale tak w życiu bywa. Gdy stanęłam przed tablicą z wynikami rekrutacyjnymi na Wydział Lekarski AM w Białymstoku i znalazłam się pod kreską, o czym już wcześniej wspominałam, wydawało mi się że cały mój świat się zawalił, prysły moje marzenia… zabrakło mi jednego, tylko jednego punktu… Tak mi było wstyd… przez rodzicami, przed znajomymi, przed nauczycielami… Pamiętam jak dziś, że przez kilka dni nie chciałam nigdzie wychodzić, nikomu pokazywać się, z nikim rozmawiać… Dzięki Rodzicom zaczęłam myśleć o jutrze… Mieszkałam wtedy w Ełku i za dużego wyboru, co robić dalej, nie miałam. Jednego byłam pewna. Nie odpuszczę, będę znów zdawać, bo jak powiedziała Hellen Keller – „Nie wolno zgadzać się na pełzanie, gdy czujemy potrzebę latania”.

  • Co Pani Profesor robiła czekając na kolejne egzaminy wstępne na wymarzone studia?

Właśnie. Pojawiły się wtedy jednak pytania – co robić przez ten rok? Uczyć się do egzaminu? Iść do pracy? Już ją nawet znalazłam – w bibliotece miejskiej… ale to jednak nie do końca mi odpowiadało. Wtedy natknęłam się na informację, że w Ełku jest Medyczne Studium Zawodowe i kształcą tam pielęgniarki i higienistki szkolne. Od razu „zaświeciła mi w głowie żarówka” że to może być to na ten rok, „liznę” trochę medycyny i potem będzie mi na studiach łatwiej. Zostałam więc słuchaczką I roku Na Wydziale Pielęgniarstwa Ogólnego Medycznego Studium Zawodowego w Ełku i tak zaczęło się moje pierwsze spotkanie z medycyną.

  • Jakie wrażenia?

Ten pierwszy rok to była dla mnie prawdziwa szkoła medycyny. Tu poznałam cudowne koleżanki, wspaniałych pedagogów, dzięki którym krok po kroku zgłębiałam tajniki opieki nad chorym, postrzegania go nie jako jednostki chorobowej, bezprzedmiotowo, ale jako osoby potrzebującej pomocy, opieki, wsparcia…Tu nauczyłam się słać łózko, robić toaletę chorego, liczyć dawki leków, robić iniekcje itd. Nie mieliśmy wtedy cudownych fantomów, więc wszystko robiłyśmy na sobie. Nie przeszkadzało nam jednak, że w czasie nauki iniekcji chodziłyśmy „podziurawione jak sita”. To w tym okresie, w czasie zajęć i praktyk zawodowych, były moje pierwsze spotkania z chorymi w szpitalu. To tu przeżyłam pierwsze porażki i sukcesy jako medyczka, to tu cieszyłam się pierwszymi narodzinami i płakałam przy pierwszej śmierci chorego… To tu upewniłam się w przekonaniu, że muszę być lekarzem. Po pierwszym roku, kiedy poszłam do Pani Dyrektor Studium, mgr Eugenii Mikłaszewicz, zabrać papiery, aby złożyć je do AMB, spotkała mnie niespodzianka… W gabinecie dyrekcji była także moja ukochana opiekun roku – mgr Bogumiła Hryckiewicz… Nie dostałam wtedy od nich dokumentów, ale za to Pani Bogusia zaprosiła mnie na ciacho i kawę, i rozmowę o życiu i moich losach. Starała mi się wytłumaczyć, że nie ma sensu abym nie zabierała dokumenty, a lepiej, bym ukończyła Studium Medyczne, bo nie wiadomo, czy się dostanę na AMB, zażartowało także, że oni moich dokumentów nie przyjmą ponownie, jak sama zrezygnuję. Przekonywała mnie, że kończąc Studium będę miała jeszcze więcej wiedzy medycznej i samodzielny, wspaniały zawód, który zawsze będę mogła wykonywać. Nie przekazała mi wtedy jeszcze jednej ważnej informacji, o której dowiedziałam się dopiero za rok (o tym za moment). Ale to i dobrze, bo przynajmniej podjęłam decyzję o pozostaniu jeszcze na rok w Studium z czystej pasji do medycyny i przywiązania, tak to właściwe określenie, przywiązania do Studium – do wspaniałych ludzi tam nas uczących, super koleżanek i atmosfery, której życzę wszystkim studentom. Uczęszczałam więc jeszcze przez rok do Medycznego Studium Zawodowego, przeżyłam cudowny etap „czepkowania” (pasowania na pielęgniarkę), poczułam, co to znaczy stres egzaminu dyplomowego i z oceną bardzo dobrą na dyplomie zostałam pielęgniarką dyplomowaną. No i tu dopiero dowiedziałam się o tym, czego mi rok wcześniej nie powiedziała moja opiekun roku. Okazało się, że Studium ma możliwość skierowania bez egzaminu na studia, dwóch najlepszych absolwentek, jedną na kierunek pielęgniarstwo, drugą na lekarski. Jedną z nich okazałam się być ja i tak 1 października 1978 roku zostałam studentką pierwszego roku AMB. Kiedy tak teraz sięgam pamięcią do tamtych lat, to wiem, że w swoim życiu każdy z nas czasem doświadcza takich historii, takich sytuacji, w których coś na początku wydaje się nam tragedią, po jakimś czasie okazuje się najszczęśliwszym trafem. Na drodze swojego życia spotykamy osoby, które przynoszą nam szczęście lub zadają ból. Każda z nich wzbogaca jednak nasze życie o nowe doświadczenia, które albo posuną nas do przodu lub cofną nas… nic nie dzieje się bez przyczyny, a przypadek często zmienia się w przeznaczenie. Życie zaś zatacza koło….

  • A dlaczego?

Zaraz wyjaśnię. Moje doświadczenia z Medycznego Studium Zawodowego bardzo pomogły mi na Studiach, nie dlatego że miałam już trochę większą wiedzę niż moi koledzy, ale dlatego że w moim Studium nauczono mnie patrzeć na pacjentów innymi oczami, że przekazano mi słowami Matki pielęgniarstwa Florencji Nightinghale, że żeby wykonywać zawód pielęgniarki (a ja myślę że każdy zawód medyczny), „trzeba mieć oczy które widzą, uszy które słyszą i serce które rozumie”. Takiego podejścia brakowało mi na studiach, które preferowały przede wszystkim wiedzę teoretyczną, bez nauki empatii i właściwej komunikacji terapeutycznej. Generalnie jednak było to to, o czym marzyłam… Na drugim roku musiałam znów zmierzyć się z realiami życia… Podejrzewano u mnie guza mózgu. Znów mój cały świat się zawalił… straciłam nadzieję, że zostanę lekarzem, rozdałam wszystkie swoje notatki, książki… rozpoczęłam diagnostykę i poznawanie medycyny z innej perspektywy… już jako pacjenta… Oj, jak ten obraz różnił się od tego znanego przeze mnie. Poznałam wielu cierpiących ludzi, którym tak potrzeba było wsparcia, potrzymania za rękę, przytulenia, obecności obok… Wtedy też poznałam lęk przed diagnozą, strach przed przyszłością, obawy o najbliższych… przeżyłam powikłania diagnostyki i terapii, towarzyszyłam umierającemu młodszemu koledze z guzem mózgu z innej sali… Na szczęście, u mnie okazało się, że to nie guz mózgu, że to atypowe zapalenie mięśnia sercowego. Niestety już nie mogłam wrócić na ten rok na studia, bo miałam zbyt dużo zaległości. Ale ten rok to nie tylko nauka pokory, to także rok uświadomienia sobie, że chcę być lekarzem, to rok nabrania dystansu do pewnych spraw, wybrania priorytetów i… rozwoju nowych pasji pisania wierszy i malowania. Po roku wróciłam na studia i w roku 1985 ukończyłam je rozpoczynając jednocześnie pracę od 1 października w AMB jako asystent. Najpierw przez kilka miesięcy w Zakładzie Biochemii, a potem w Klinice Dermatologii. I tu warto wspomnieć o „zataczaniu życiowego koła”. W roku 1994 uzyskałam stopień doktora nauk medycznych, w 1999 doktora habilitowanego nauk medycznych, a w 2004 roku Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski nadał mi tytuł naukowy profesora nauk medycznych. W tym samym roku, kiedy nadano mi stopień doktora habilitowanego nauk medycznych rozpoczęto w AMB organizować kształcenie pielęgniarek. Ówczesny Dziekan Wydziału Lekarskiego, prof. Michał Myśliwiec, odnajdując w dokumentach „moje korzenie pielęgniarskie” zaproponował mi przejście na nowotworzony Wydział Pielęgniarstwa i Ochrony Zdrowia Akademii Medycznej w Białymstoku. Co ciekawe, na zastanowienie miałam jeden dzień! Nie powiem, że była to łatwa decyzja. Z jednej strony musiałam pożegnać się z pracą w Klinice Dermatologii, ze swoimi pacjentami, zweryfikować plany naukowe, a z drugiej, dla mojej niepokornej duszy, była to okazja do nowych wyzwań, działań… Może zabrzmi to dziwnie, ale poczułam, że mam okazję „spłacić dług” dla pielęgniarstwa za to, że dzięki niemu (ukończenie Studium Medycznego, dostanie się na AMB bez egzaminu) mogłam zrealizować swoje marzenie stania się lekarzem… W ten oto sposób przeszłam na nowy, praktycznie jeszcze nie istniejący Wydział i wraz z Prof. Janem Karczewskim zaczęliśmy tworzyć krok po kroku podwaliny kształcenia pielęgniarek na AMB (teraz UMB). Jak się okazuje – przeszłość ma wpływ na naszą teraźniejszość, a wszystko, co zdarzyło się w naszym życiuma jakieś znaczenie.

  • Jak wspomina Pani czasy studenckie?

Czasy studenckie to też okres obfitujący dla mnie w miłe i mniej przyjemne sytuacje. Na II roku zachorowałam, musiałam pójść na urlop dziekański, a to wiązało się z powrotem na studia dopiero po roku, ze zmianą kolegów, zaadoptowaniem się do nowej grupy, która już ze sobą się zżyła przez poprzednie dwa semestry. To także studia w czasie wojennym, to praca w Studenckich Kołach Naukowych – Najpierw w Zakładzie Biofizyki, potem w Klinice Dermatologii. To godziny spędzone nad książkami, sukcesy i porażki egzaminacyjne, to zawieranie przyjaźni, które miały być na całe życie… Paul McKenna (Zmienić swoje życie w 7 dni) kiedyś stwierdził, że „w studiowaniu nie chodzi tylko o uzyskanie papierka, a w rozpoznaniu marzeń nie chodzi tylko o to, żeby dostać, czego się pragnie, lecz o to, by stać się kimś więcej, niż oczekiwaliśmy”… No i coś w tym jest. Studia dla mnie były także nauką samodzielnego życia z dala od ukochanych rodziców, no i weekendowymi wyjazdami do nich, z Białegostoku do Ełku.

  • Czy pamięta Pani swój pierwszy dzień w swojej pierwszej pracy?

Pewnie, że pamiętam. Pracę w Uczelni (wtedy jeszcze UMB) rozpoczęłam od razu po studiach 1 października. Nie dostałam od razu etatu w swojej wymarzonej Klinice Dermatologii i musiałam zacząć pracę w Zakładzie Biochemii. Na szczęście prof. Edward Bańkowski był bardzo wyrozumiałym szefem i kiedy tylko nie miałam zajęć ze studentami i obowiązkowego stażu po studiach, mogłam być w Klinice. Miało tak być przez rok, ale trwało krócej. Rektor stworzył mi etat i mogłam być w Klinice cały czas. Było to dla mnie ważne, bo ciągle miałam w głowie słowa Konfuncjusza „Wybierz pracę, którą kochasz, i nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu”. A wracając do mojego pierwszego dnia, to muszę przyznać, że była to dla mnie dobra lekcja pokory. Grzecznie stawiałam się rano 1 października w Zakładzie Biochemii, pewna, że nic mnie nie zaskoczy, a tu niespodzianka… Od razu dowiedziałam się, że za dwie godziny mam zajęcia ze studentami. Wprawdzie byłam zwolniona z biochemii z egzaminu, ale to było na II roku studiów! Coś tam pamiętałam, ale nie na tyle, by spokojnie prowadzić zajęcia. Przekraczając drzwi Zakładu byłam pewna, że będę miała co najmniej kilka dni, aby się do zajęć przygotować, a tu od razu takie wyzwanie… W pierwszej chwili ogarnęła mnie rozpatrz i czarne wizje – coś wybuchnie w czasie doświadczeń, co wtedy zrobię, stracę pracę. Na szczęście z pomocą przyszli mi starsi Koledzy – Krzysio Sobolewski i Małgosia Wolańska, którzy spokojnie objaśnili mi, jak mają przebiegać ćwiczenia i zapewnili, że będą obok i zawsze mogę na nich liczyć. Trochę mnie to uspokoiło, ale nadal nie miałam opanowanej na 100% wiedzy teoretycznej z tematyki zajęć. Z bijącym sercem weszłam na salę ćwiczeń. Wcześniej jednak już postanowiłam, że przyznam się im do tego, że to mój pierwszy dzień w pracy, że dopiero dowiedziałam się że mam z nimi zajęcia, że to dziś oni pewnie wiedzą więcej ode mnie, ale na następnych zajęciach postaram się, aby było odwrotnie, że jakoś razem musimy te zajęcia przetrwać i że liczę na ich zrozumienie i pomoc. Do dziś nie zapomnę najpierw ich zaskoczenia na twarzach, a potem uśmiechu i życzliwości. Bo, jak twierdzi Tahereh Mafi – „Ludzie rzadko zdają sobie sprawę, że kiedy ich usta kłamią, ich oczy cały czas mówią prawdę”. Oni docenili moją szczerość, a ja uniknęłam niepotrzebnych nieporozumień i bezradności. Z perspektywy czasu uważam, że było to najlepsze wyjście z tej sytuacji. Bo dlatego często udajemy, że coś wiemy, bo boimy się negatywnej oceny innych. Ja stwierdziłam, że kiedy nie przyznam się od razu, wszystko wyjdzie później na jaw i będę miała problem, a niewiedza nie będzie wtedy już żadnym usprawiedliwieniem. Już Platon twierdził Czyż to nie jest głupota, i to ta najpaskudniejsza: myśleć, że się wie to, czego człowiek nie wie?”. Dziś też tak bym postąpiła. Ta grupa trafiła do mnie jeszcze na zajęcia z dermatologii i z sentymentem wspominaliśmy nasze pierwsze spotkanie na biochemii. W mojej pamięci ta grupa studentów ma szczególne miejsce, dziś już niektórzy z nich są pracownikami Uczelni, a nawet profesorami.

  • Pierwsza opublikowana autorska książka poświęcona była…

Oj minęło już 21 lat od tego czasu. Pierwsza książka powstała w roku 2000 z potrzeby pokazania naszemu białostockiemu środowisku medycznemu, jak ważna w zespole terapeutycznym jest rola pielęgniarki. Była to pozycja: Krajewska-Kułak E., Łukaszuk C., Lewko J. Jankowiak B., Pielęgniarstwo we współczesnej medycynie, Białystok, 2000, 1-414, ale taki prawdziwy pierwszy podręcznik powstał w 2003: Kwiatkowska A., Krajewska-Kułak E., Panek W. red.: Komunikowanie interpersonalne, Wyd. Czelej i Sp., Lublin, 2003, 1-289. Tworzyły go pielęgniarki, lekarze, logopedzi, psycholodzy i filozofowie jeszcze wtedy z Akademii Medycznej w Białymstoku, Uniwersytetu w Białymstoku oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Do tej chwili nie było podręcznika całościowo ujmującego problemy komunikacji interpersonalnej w praktyce pielęgniarskiej. Podręcznik miał pokazać, że rozmowa z chorym to jedno z najtrudniejszych zadań, przed jakimi stają lekarze, pielęgniarki, rodziny chorych. Umiejętność ta była jednak niedoceniana i zaniedbywana w nauczaniu studentów. Miał uzmysłowić, że współczesna pielęgniarka nie może być prawdziwą profesjonalistką bez umiejętności właściwego przekazu swojej wiedzy, poglądów, emocji, uczuć oraz odpowiedniej interpretacji wiadomości przesyłanych jej przez pacjenta. Komunikowanie interpersonalne jest bowiem jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Ponieważ nawiązanie kontaktu z osobą chorą nie jest łatwe, podręcznik powstał, aby pomóc rozwijać zdolności komunikacyjne od pierwszego roku studiów oraz pogłębiać je w trakcie następnych lat nauki i później w pracy zawodowej. Ideą jego było, aby studenci pielęgniarstwa, w trakcie edukacji w akademiach medycznych, zdobyli niezbędne umiejętności komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Z jednej strony zagwarantuje to choremu poczucie bezpieczeństwa i wyeliminuje negatywne emocje związane z trudnościami porozumienia się z personelem, a z drugiej strony pielęgniarce pozwoli na lepsze zrozumienie potrzeb pacjenta i większą satysfakcję z wykonywanej pracy. A potem już powstawały kolejne podręczniki (łącznie 19) i monografie (łącznie 98).

Dziękuję.

Pytania zadawała P.M. Wiśniewska

Polecamy:

Eksperymenty i badania na zwierzętach

Życie w cieniu pandemii. Aspekty medyczne, etyczne i społeczne

Pacjent INNY wyzwaniem opieki medycznej

 

Elżbieta Krajewska-Kułak (ur. 18 czerwca 1957 w Ełku) – polska lekarka, naukowiec, pedagog, społecznik, współtwórczyni oraz wieloletnia prodziekan i dziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, pomysłodawczyni i organizatorka dorocznych Międzynarodowych Konferencji Naukowo-Szkoleniowych „Życiodajna śmierć – pamięci Elizabeth Kübler-Ross”. Nagrodzona tytułem „Człowiek wiedzy i doświadczenia” nadanym przez Kapitułę Koalicji Prezesi-Wolontariusze (2018) i Tytułem „Społecznika Roku 2018” Tygodnika „Newsweek Polska” (2019) oraz laureatka IX edycji Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” w kategorii całokształt dokonań oraz godna naśladowania postawa życiowa (2021).

W 1978 r. ukończyła Medyczne Studium Zawodowe ze specjalnością pielęgniarstwo ogólne, bezpośrednio potem rozpoczęła studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Białymstoku, ukończyła je w 1985 r. Do 1999 r. pracowała jako asystent w Klinice Dermatologii i Wenerologii AMB, następnie została kierownikiem Zakładu Zintegrowanej Opieki Medycznej UMB. Stopień doktora nauk medycznych uzyskała w 1994 r., a stopień doktora habilitowanego w 1999 r. – obie rozprawy obejmowały badania w dziedzinie dermatologii/mykologii. W 2004 r. uzyskała tytuł naukowy profesora nauk medycznych. W latach 2005–2009 dyrektor Instytutu Medycznego im. Bł. Matki Teresy z Kalkuty w Państwowej Wyższej Szkole Informatyki i Przedsiębiorczości w Łomży.

Aktywność zawodową połączyła z działalnością społeczną i charytatywną, przede wszystkim na rzecz dzieci chorych i niepełnosprawnych. Organizatorka licznych akcji dobroczynnych na rzecz potrzebujących w kraju i na świecie – kwest, koncertów, aukcji itp. (Prezes Stowarzyszenia Pro Salute http://prosalute.com.pl/). Członek stowarzyszeń naukowych, wielokrotnie odznaczona medalami państwowymi.

/na podst. Wikipedia – https://pl.wikipedia.org/wiki/Elżbieta_Krajewska-Kułak/