Aktualności

20260802_152437

Z dr. Sebastianem Surendrą, językoznawcą i kulturoznawcą, autorem wydanego w tym roku Słownika ortograficznego jeszcze bardziej współczesnego języka polskiego, rozmawiamy o tym, co zmieniło się w ortografii po jej ostatniej reformie.

1 stycznia 2026 r. weszła w życie reforma ortograficzna. Co dokładnie się zmieniło i jak ocenia Pan stan polskiej ortografii Anno Domini 2026 r. względem wcześniejszych lat?

Na pewno nie będą to porównania dni do nocy, bo tych zmian jest niwiele, a na dodatek niektóre są czwarto-, pięciorzędne, tzn. nie mają większego znaczenia w praktyce pisarskiej.

Dla uporządkowania zestawię te zmiany:

Nowa zasada

Wielką literą zapisuj nazwy mieszkańców miast i ich dzielnic, osiedli i wsi, np. Kołobrzeżanin.

Wielką literą pisz produkt danej marki, np. biała Toyota.

Wielką literą pisz wszystkie człony (oprócz przyimków i spójników) w wielowyrazowych nazwach lokali usługowych i gastronomicznych, np. Bar Grota.

Wielką literą zapisuj w nazwach obiektów przestrzeni publicznej stojący na początku wyraz (wyjątek: ulica): aleja, brama, bulwar, osiedle, plac, park, kopiec, kościół, klasztor, pałac, willa, zamek, most, molo, pomnik, cmentarz, np. Park Dzieci Wrzesińskich.

Łącznie zapisuj nie– z przymiotnikami i przysłówkami odprzymiotnikowymi w każdym stopniu, czyli równym, wyższym i najwyższym, np. niedobry, nielepszy, nienajlepszy.

Wielką literą pisz wszystkie człony (oprócz przyimków i spójników oraz wyrazów typu imienia) w nazwach orderów, medali, odznaczeń, nagród i tytułów honorowych, np. Nagroda Nobla.

Cząstki niby-, quasi- zapisuj łącznie z członami pisanymi małą literą, np. nibypatriota, quasidziennikarstwo.

Małą literą pisz przymiotniki tworzone od nazw osobowych, bez względu na to, czy odpowiadają na pytanie „czyj?”, czy też „jaki?”, np. dramat szekspirowski. Przymiotniki zakończone na -owy, -in(-yn), –ów możesz pisać małą lub wielką literą, np. poezja miłoszowa lub poezja Miłoszowa.

Pisz łącznie człon pół- w wyrażeniach typu półżartem, półserio. Stosuj za to łącznik w połączeniach typu: pół-Polka, pół-Włoszka (odniesionym do osoby będącej w połowie Polką, w połowie Włoszką)

Wielką literą zapisuj wszystkie człony nazw komet, np. Kometa Halleya.

Wyrazy zawierające cząstkę super-, eko-, ekstra-, makro, maksi-, mega-, midi-, mini-, super-, wege-, w których drugi człon piszemy małą literą, możesz zapisywać łącznie lub rozdzielnie, jeśli dana cząstka może występować jako samodzielny wyraz, np.

miniwieża lub mini wieża, bo jest możliwe: wieża (w rozmiarze) mini.

W parach wyrazów równorzędnych, podobnie lub identycznie brzmiących, występujących zwykle razem możesz:

1.      stosować łącznik, np. tuż-tuż; trzask-prask;

2.      sięgać po przecinek, np. tuż, tuż; trzask, prask;

3.      zapisywać rozdzielnie, np. tuż tuż; trzask prask.

Cząstki -bym, -byś, -by, -byśmy, -byście pisz rozdzielnie ze spójnikami. np. Myślę, czy by nie pojechać do Świnoujścia.

Zanim je omówimy, zastrzegę bardzo ważną rzecz. czy dana zasada nam się podoba, czy też nie, jest sprawą naszego gustu, za to naszą powinność stanowi przestrzeganie tego, co obowiązuje. Czyli warto mieć swoje zdanie na temat jakiegoś zakazu czy nakazu, ale najpierw się do tego stosujmy.

Nie będziemy debatować nad każdą zmianą, skoro zestawienie tak wiele mówi. Zapytam o niektóre punkty. Najpierw o nową pisownię mieszkańców miast, miasteczek, wsi. To chyba dobra zmiana. Wielu Polaków jest dumnych ze swoich „małych ojczyzn”. Pisownia wielką literą w jakiś sposób to honoruje. Z moich obserwacji wnika, że ten zapis przyjął się, bo najczęściej spotykam właściwą pisownię – nawet w tekstach, w których poprawność językowa woła o pomstę do nieba. Jakie jest Pana zdanie?

To ciekawa kwestia do analizy. Wielość towarzyszących tej zmianie aspektów czyni ją chyba najbardziej interesującą poznawczo. Zacznijmy od tego, że wcześniej obowiązująco pisownia, czyli małą literą, nie stanowiła dla nikogo problemu ortograficznego – użytkownicy języka bardzo rzadko popełniali tu błąd. Na przestrzeni lat wielu językoznawców, badając mniejsze i większe zbiory tekstów, analizowali najczęściej popełniane błędy – te ortograficzne również. W mojej pracy doktorskiej weryfikowałem 5000 tekstów pochodzących z portali internetowych. Autorzy tych artykułów popełnili 774 błędy ortograficzne, z czego w zakresie pisowni mieszkańców miast błąd był – uwaga, uwaga – jeden. Poza licznymi opracowaniami naukowymi powstały też bardzo wartościowe, bo analizujące dużą liczbę tekstów, raporty poprawności językowej materiałów publikowanych w internecie. Takie zestawienia przygotowywała np. strona nadwyraz.com. W nich również nie zaistniał na szerszą skalę błąd w pisowni mieszkańców miast.

Wydawać by się mogło, że skoro mało osób nie przyswoiło sobie wówczas obowiązującej reguły, to po zmianie błąd stanie się nagminny. Tak się jednak nie stało – bo również nie dostrzegam zbyt często naruszenia nowej zasady.

Z czego Pana zdaniem wynika ten ciekawy przypadek? Bo nie to chyba często spotykana sytuacja, że dana zasada obowiązuje, jest przestrzegana, po czym zostaje zmieniona i nadal zapis jest poprawny. Oczywiście chciałoby się, by taka sekwencja była normą, ale w rzeczywistości zdarza się to rzadko.

Informacji o tym, co zmieni się w ortografii, w przestrzeni publicznej było sporo. O tym, na ile docierały do użytkowników języka, można by długo mówić. Nie tylko można – po prostu trzeba (uśmiech)[1]. Z moich obserwacji wynika jasno, że najczęściej – i na portalach, i w mediach społecznościowych (by graniczyć się do internetu) – przekaz dotyczył zmiany pisowni mieszkańców miast. O innych zmianach było znacznie ciszej. Według mnie związek przyczynowo-skutkowy jest oczywisty: zmiana, o której mówiono najwięcej, najbardziej zapadła ludziom w pamięć. W polskich aptekach[2] każdego dnia padają teksty typu: „te żółte i czerwone tabletki, które widziałam w reklamach na Barwach szczęścia”, „niech[3] mi pani jeszcze poda taki zielony płyn – taki facet[4] w niebieskim kitlu o nim mówi, z siwą brodą, chyba doktor” (śmiech). Jeśli to hiperbola, to minimalna. Za to zbieżność z nauką jest olbrzymia. W tym sensie oczywiście, że produkt – szczególnie tak ważny i wartościowy jak nauka – trzeba promować, by potencjalni odbiorcy o nim wiedzieli. Jasne, dezinformacja często wygrywa walkę o zainteresowanie ludzi z faktami naukowymi. Ale nie można nigdy rezygnować z popularyzacji wiedzy.

Przypadek pisowni mieszkańców miast pokazuje to dobitnie. I jeszcze coś – równie ciekawego (uśmiech).

Jestem bardzo ciekawa…

Otóż by dana zasada mogła zakorzenić się w głowach użytkowników języka, to musi to poprzedzić zalew informacji. Skoro tak, to generalnie nie ma za bardzo powodu dokonywania zmian w pisowni (oczywiście z wyjątkiem sytuacji, gdy z naukowego i logicznego punktu widzenia jest to niezbędne), trzeba za to na wszystkie możliwe sposoby promować istniejące rozwiązania.  Moim zdaniem takiego „testu racjonalności” nie zdaje zdecydowana większość nowych zmian ortograficznych.

Rada Języka Polskiego, wprowadzając zmiany, napisała w swoim komunikacie o chęci zmniejszania liczby wyjątków w polszczyźnie. To idzie w parze z poglądem zwolenników zmiany pisowni mieszkańców miast. Mówią oni tak: skoro mieszkańców państw i regionów (Wielkopolanin, Katalończyk, Toskańczyk itp.) piszemy wielkimi literami, to świetnie się składa, że mieszkańców miast także, bo w czym gorszy jest Warszawian od Mazowszanina. Odpowiem tak: mała litera nikogo nie poniża ani niczego nie zanika. Nie chodzi przecież o to, że litera kogoś lub coś deprecjonuje, ale o to, że pokazuje różnice znaczeniowe. A miasto i państwo oznaczają coś innego. Tu nie ma znaku równości pod względem prawnym, ekonomicznym. Różnica pisowni dobrze to uwypuklała.

Wracając do kwestii lokalnego patriotyzmu. Stanowi on dużą wartość, ale mała litera go nie umniejsza – znów. Dla książkofila książka jest najważniejsza – albo prawie, co w tym przypadku nie robi różnicy (uśmiech). Więcej – książka (a ścislej rzecz ujmując – druk) to obiektywnie jeden z największych wynalazków w historii. Ale czy z tego powodu będziemy ją zapisywać wielką literą (nie licząc rzecz jasna tytułu – to jest obowiązkowe). No nie!

Niektórzy sięgają po argument historyczny. Tę zmianę planowano już bowiem w 1963 r., jednak ostatecznie wycofano się z niej i nie weszła w życie. Historia języka jest fascynująca, gdy pozwala nam np. zrozumieć, skąd wzięło się w polszczyźnie jakiegoś słowo, powiedzenie, gdy uczy nas tego, jak różne języki i kultury wpływają na siebie (przynosząc coś wartościowego, a niczego przy tym nie zabierając). Ale myślenie: kiedyś było tak, to trzeba do tego wrócić za wszelką cenę. ma sens wyłącznie wtedy, gdy np. po obaleniu autorytarnego reżimu powraca się do istniejącego wcześniej dorobku demokratycznego. W odniesieniu do języka nie ma to racji bytu. Szczególnie, gdy „tego czegoś” nigdy nie było (uśmiech). Z wydarzeń z 1963 r. warto np. pamiętać o zabójstwie Kennedy’ego czy o epidemii ospy we Wrocławiu. Niedoszła reforma ortograficzna nie byłaby podobną tragedią, ale też nikogo by nie uratowała. No i najważniejsze – nie zaczęła obowiązywać. Nie ma więc co wspominać czegoś sprzed ponad 60 lat, co nigdy nie stało się rzeczywistością.

Rzeczywistością jest za to, że mamy na rynku, praktycznie w każdej branży, coraz więcej marek i produktów. Z ich pisownią był wcześniej problem, bo reguła ortograficzna była nieżyciowa i niefunkcjonalna – w zasadzie każdorazowo musieliśmy pisać słowo „marka”, by podkreślić, że chodzi o markę, a nie o produkt. Teraz to się zmieniło. W swoim pierwszym słowniku ortograficznym wskazywał Pan na nielogiczność tego przepisu, zatem jest Pan chyba zadowolony z tego, co teraz obowiązuje?

Sprecyzuję tylko, że w tej regule chodzi o produkt noszący nazwę marki. Czyli niezmiennie w zdaniu „Mój smartfon jest do wymiany” nazwę pospolitą zapisujemy wielką literą.

Uściślę też, że faktycznie wcześniejszą zasadę uznawałem za duży błąd ortograficznych decydentów, przy czym to krytyczne stanowisko było już wcześniej zajmowane przez różnych badaczy[5].

Obecnie sprawa wygląda tak, że w zdaniu typu: „Jadę białym Volvo” zawsze zapiszemy wielką literą produkto-markę.

Czy piszącemu chodzi o samochód marki Volvo, czy o firmę – nie musi już tego słowa pisać, by różnicować znaczenie. I to jest bardzo sensowne. Gdybym mógł o tym decydować, zmiana wyglądałaby jednak inaczej: poprawny byłby i zapis małą literą, i wielką. Język to nie finał zawodów sportowych, w których ktoś musi przegrać, a ktoś wygrać (uśmiech). Wiele osób, wymieniając to przykładowe[6] Volvo, ma na myśli przede wszystkim (albo wyłącznie) przedmiot, nie firmę? I wtedy mała litera pasowałaby jak ulał. Dałbym tu pełną swobodę użytkownikom języka, bo ten ortograficzny przypadek jest specyficzny, absolutnie nie zero-jedynkowy.

Ze zmianą tej reguły wiąże się szerszy kontekst. Polacy, wzorując się na tendencjach języka angielskiego, mają tendencję do nadużywania wielkiej litery. To znaczy mówiąc precyzyjnie: w angielszczyźnie wielka litera znajduje dużo większe zastosowanie niż w naszym języku. Czyli coś, co stanowi normę u Anglosasów, jest nadużyciem w polszczyźnie. Rada Języka Polskiego zamiast niełatwej, ale pięknej drogi popularyzacji wiedzy wybrała drogę na skróty – wpisywania się w trendy. Pamiętajmy: to mała litera jest standardem w naszym języku. Jeśli ktoś powie: „Standard to brzmi nudno”, to ja odpowiem pytaniem: „Wysoki standard też?” (uśmiech).

Kolejna istotna zmiana: wielką literą zapisujemy teraz wszystkie człony (z wyjątkiem przyimków i spójników) w wielowyrazowych nazwach lokali usługowych i gastronomicznych. Ponownie: była mała litera, jest wielka – co wpisuje się idealnie w to, o czym Pan przed chwilą mówił. A w zasadzie nieidealnie, bo też jestem wielką przeciwniczką nadużywania wielkiej litery.

Zdanie „Byłem w Barze Grota w Zakopanem” musi wyglądać właśnie tak – wyraz „Bar” wielką literą. Identycznie będzie z słowami „hotel” czy „restauracja”. Tak jak nie do każdej groty warto wchodzić, zwłaszcza gdy jest się wysoką osobą, tak wielka litera kompletnie nie pasuje do nazw, które zdecydowanie są pospolite, a nie własne. Właściwie stworzona reguła to np. ta dotycząca nazw geograficznych – morze Bałtyk i Morze Bałtyckie zapisujemy inaczej, bo to przecież inne językowo konstrukcje, choć akwen ten sam (uśmiech). Hotel Europejski to zatem inna językowa kategoria niż hotel o nazwie Europa. W pierwszym przypadku nazwa własna jest dwuwyrazowa, w drugim jest ewidentne, że ma jeden człon, zaczynający się na E.

Ponownie mamy uleganie wielkiej literze. Wielki minus dla takiego myślenia.

Następna zmiana: łącznie zapisujemy nie- z przymiotnikami i przysłówkami odprzymiotnikowymi w każdym stopniu, a nie tylko czyli równym, jak było wcześniej. Jak Pan ocenia ten punkt reformy ortograficznej?

Jak najgorzej. Obecnie musimy pisać nielepszy, nienajlepszy itd. Na zasady językowe nie można zamykać oczu, ale kogo ten zapis razi, może sięgnąć po czasownik i zmodyfikować wypowiedź, czyli zamiast napisać: „To nienajlepszy pomysł”, możemy sięgnąć po formułę typu: „To nie jest najlepszy pomysł”.

William Wharton jest autorem słów: „Nie ma takiej absurdalnej rzeczy, której by człowiek nie zrobił, próbując nadać życiu jakiś sens”. Absurd zmiany, o której rozmawiamy, polega na tym, że jest ona całkowicie pozbawiona sensu. Moje wieloletnie doświadczenia redaktorskie i obserwacje naukowe są jednoznaczne: jeśli piszący mieli wcześniej jakikolwiek problem z nie- z przymiotnikami i przysłówkami, to dotyczył on wyłącznie stopnia równego. To najwyższy stopień nielogiczności zmiany.

Wiem, że zawsze może pojawić się argument: „Po co rozdzielać pisownię stopnia równego od wyższego i najwyższego?”. Pytanie za pytanie: „czy stopień równy = stopień wyższy?” No nie – czyli mamy odpowiedź.

A jak Pan postrzega zmianę dotyczącą przymiotników tworzonych od nazw osobowych? Przez lata to był dylemat np. uczniów, czy w dramacie szekspirowskim drugi człon odpowiadał na pytanie „czyj?”, czy też „jaki?”, co decydowało o wielkiej lub małej literze. Teraz tego problemu nie ma, bo pisownię ujednolicono – do małej litery.

Generalnie do małej – tak. Czyli piszemy sienkiewiczowska Trylogia, tolkienowski Hobbit itd.

Gdy jednak przymiotniki kończą się na -owy, -in(-yn), -ów, to można pisać małą lub wielką literą, np. poezja miłoszowa lub poezja Miłoszowa. Po co różnicować pisownię pierwszej litery w zależności od tego, jak kończy się wyraz? Nie widzę żadnego uzasadnienia dla tej decyzji Rady Języka Polskiego.

Całościowo za to zmianę oceniam dość pozytywnie, bo wcześniejsze rozgraniczenie pisowni

od rodzaju pytania („czyj?” czy „jaki?”) sprawiało w praktyce problem: nie zawsze można było jednoznacznie rozgraniczyć, o które znaczenie chodzi. Analogicznie jak z produktem i firmą.

Jednoznaczny odbiór tego punktu reformy zaciemnia mi jednak pewna… jasność (uśmiech). Otóż nie mam wątpliwości, że piszący, sięgając po taki przymiotnik, zdecydowanie częściej myślą o odpowiedzi na pytanie „czyj?”, zatem wielka litera byłaby lepszym rozwiązaniem. Zatem akurat tu, gdzie za wielką literą przemawia coś istotnego językowo, mamy małą literę.

Tu znów widzę analogię z produktami firmowymi, bo również tu – z tego samego powodu, czyli niejednoznaczności wpisanej w tę konstrukcję – dałbym pełną swobodę piszącym. Mogliby stosować albo małą, albo wielką literę.

Wracając na koniec do dylematu uczniów: rzeczywiście taki mieli. Tylko nie wynikał on wyłącznie z tego, że zasada sprawiała trudności interpretacyjne.

A z czego jeszcze?

Czy latem tego roku widzowie szli masowo do kin na nolanowską Odyseję, czy na Odyseję Nolana? No jednak zdecydowanie wybierali bramkę nr 2 (uśmiech). Zmierzam do tego, że konstrukcja z przymiotnikiem pochodzącym od nazwy osobowej nie jest czymś naturalnym w języku. Szkoły niestety mają tendencję do skupiania się na rzeczach mało znaczących w praktyce, eksponowaniu konstruktów teoretycznych. Z lekcjami języka polskiego nie jest inaczej…

Temat (nie)uczenia (się) w szkołach to tak złożony temat… Nie żeby ortografia była prosta, tak półżartem, półserio. No właśnie – pisownię z liczebnikiem „pół” też dotknęły zmiany.

Zmianę poprzedza stałość, więc zacznijmy od przypomnienia tego, co się nie zmieniło (uśmiech). Liczebnik „pół” zapisuj łącznie, gdy jest częścią wyrazu będącego:

– przysłówkiem, np. półdarmo, półoficjalnie;

– przymiotnikiem, np. półciężki, półfinałowy;

– rzeczownikiem, np. półkula, półprzewodnik.

Choć półprzewodnik może być półdarmo, to nie stanowi to jednoznacznej pary wyrazowej. Inaczej jest z „półżartem, półserio”, bo się łączy w całość znaczeniową, podkreślaną przez przecinek. I właśnie tu nastąpiła zmiana – teraz zapisujemy to łącznie. Podobnie będzie z frazą półłkoń, półczłowiek (i każdą tego typu).

Ludzie (na centaurach się nie znam – śmiech) mają różne korzenie etniczne, ich rodzice pochodzą z różnych krajów – znak czasów. Przy pisowni połączeń typu pół-Polka, pół-Francuzka trzeba pamiętać o innym znaku – łączniku.

Jeśli mamy samą pół-Polkę. to również stosujemy łącznik. Dotyczy to każdego połączenia „pół” z członem pisanym wielką literą. W tej kwestii nic się nie zmieniło.

Rozdzielnie piszemy „pół” za to wtedy, jeśli po liczebniku stoi rzeczownik, z którym nie tworzą jednego wyrazu, a dodatkowo ten rzeczownik jest w dopełniaczu, np. pół biedy, pół życia. Tu też nie na nawet pół zmiany (uśmiech).

Zmieniła się za to pisownia komet czy zmultiplikowały się możliwości zapisu trzasku-prasku. Kosmiczne zmiany, nie ma co.

W moim najnowszym autorskim słowniku ortograficznym[7] zamieściłem różne dyktanda – od dwuzdaniowych po całostronicowe. Wśród tych najkrótszych jest takie: „Zagorzały fan żużla i heavymetalowych ballad rzetelnie podszedł do planu obfotografowania Komety Halleya. Nie doczytał tylko, że niemożliwe jest dostrzeżenie jej co dzień”. Może nazw komet używamy częściej, niż oczekujemy na kolejne ujrzenie chyba najsłynniejszej komety, ale z pewnością dużo, dużo rzadziej niż codziennie (uśmiech). Nawet ze świecą nie znajdzie się sens wprowadzania takich punktów do reformy ortograficznej. By jednak nie pozostać w mroku niewiedzy, przypomnę: wielką literą zapisujemy wszystkie człony nazw komet, dlatego Kometa Halleya ma taką, a nie inną wielkość.

A co do trzasku-prasku – w tego typu parach wyrazów równorzędnych, podobnie lub identycznie brzmiących, występujących zwykle razem mamy obecnie trzy możliwości poprawnego zapisu. Możemy:

stosować łącznik, np. tuż-tuż; trzask-prask;

sięgać po przecinek, np. tuż, tuż; trzask, prask;

zapisywać rozdzielnie, np. tuż tuż; trzask prask.

Zdecydowanie radzę wybieranie łącznika. On jest stworzony do takich połączeń wyrazowych. To absolutnie najlepsze rozwiązanie, po co więc wybierać inne (uśmiech)?

Tak szeroki wybór w tak mało istotnej językowo kwestii? To kolejna bardzo dziwna decyzja Rady Języka Polskiego.

Do kolekcji osobliwości dodam jeszcze jedną zmianę: trzeba zapisywać rozdzielnie cząstki -bym, -byś, -by, -byśmy, -byście ze spójnikami, np.:

Zastanawiam się, czy by nie pojechać w góry.

A ja się zastanawiam, jaka część populacji tak mówi i pisze. Przecież to „by” brzmi sztucznie. Prawdą jest za to, że to kolejna „zmiana dla zmiany”, a nie coś, co może realnie uprościć ortografię, przy zachowaniu cech polszczyzny.

Na koniec zapytam o punkt reformy, który wręcz zbulwersował wiele osób. Chodzi o „dopuszczenie alternatywnego zapisu (małą lub wielką literą) nieoficjalnych nazw etnicznych, takich jak kitajec lub Kitajec, jugol lub Jugol, angol lub Angol, żabojad lub Żabojad, szkop lub Szkop, makaroniarz lub Makaroniarz”[8]. W swoim słowniku napisał Pan stanowczo: „[…] grupa językowych decydentów uznała, że lepiej pejoratywne, wręcz dyskryminujące (myślę np. o tym, jak nazwano Japończyków) określenia przedstawicieli danej nacji umieszczać w uchwale ortograficznej regulującej pisownię niż w komunikacie potępiającym takie zabiegi językowe. Nazwanie Japończyka Kitajcem, jak raczy czynić Rada Języka Polskiego, jest czymś nie do obrony. To określenie nie tylko bardzo negatywne, ale wręcz ksenofobiczne. To słowo nigdy nie powinno być używane publicznie (a i z myśli powinno zniknąć). Nie oznacza to, że trzeba używać za każdym razem oficjalnych nazw etnicznych. Nie, nie trzeba, a może być przy tym cały czas bardzo kulturalnie, np. gdy o Chińczyku napiszemy «mieszkaniec Państwa Środka», a o Japonce – «mieszkanka Kraju Kwitnącej Wiśni». […] Człowiekiem się jest, organem się bywa”[9]. Mocne, ale jakże trafne.

Niezmiennie podpisuję się pod tym. Ten punkt reformy ortograficznej jest nie obrony. To, co napisałem, nie jest personalnym atakiem na nikogo. Moje wzburzenie wynika z braku choćby elementarnej wrażliwości autorów reformy. To nie jest tak, że ktoś, np. w wywiadzie na żywo, coś palnął. Taka uchwała jest długo przygotowywana, czyta ją przed publikacją wiele osób. Było tyle czasu na refleksję i – nazwę to wprost – opamiętanie. I nic. Pamiętajmy: nie ma kultury języki bez etyki słowa.

Dziękuję za rozmowę.

Pytania zadawała P.M. Wiśniewska


[1] Zob. S. Surendra, „Koń jaki jest, nikt nie wie”, https://spoleczenstwo.com.pl/dr-s-surendra-kon-jaki-jest-nikt-nie-wie/ [dostęp: 5.08.2026].

[2] Polski rynek farmaceutyczny jest bardzo specyficzny na tle Europy z uwagi na bardzo dużą liczbę reklam leków i suplementów. Wpływa to w oczywisty sposób na ogromną liczbę przyjmujących je osób, a także na liczbę miejsc, gdzie można te środki nabyć. „Choć brak jednoznacznych europejskich zestawień wskazujących, że Polska emituje najwięcej reklam leków, ich natężenie jest bardzo odczuwalne. Stała obecność takich komunikatów buduje nawyk reagowania farmakologicznego. Uczy, że dyskomfort to coś, co trzeba natychmiast wyciszyć dostępną tabletką. Na tle Europy Polska wyróżnia się wyjątkowo gęstą siecią aptek. W samej Warszawie działa prawdopodobnie od 700 do 900 czynnych placówek – to największe ich skupisko w kraju. Dla porównania, w Kopenhadze funkcjonuje jedynie kilkadziesiąt aptek, a w całym regionie stołecznym niewiele ponad 20. […] Preparaty te przestały być postrzegane jako wyłącznie medyczne — coraz częściej traktowane są jak zwykłe towary. Co więcej, można je kupić także na stacjach benzynowych, w supermarketach, drogeriach” – zob. P. Wójtowicz, Tabletka na wszystko. „Polacy sięgają po leki częściej niż po marchewkę„, https://www.medonet.pl/leki/polacy-naduzywaja-lekow-lekarka-kupuja-je-jak-chleb-codziennie/8nz8jhy [dostęp: 10.04.2026].

[3] Nie sposób pamiętać o wszystkim, ale o elementarnej kulturze nie można zapominać nigdy. Dlatego zawsze stosujmy formę „(po)proszę o…”, a „niech” kierujmy do odbicia w lustrze z dodatkiem: „niech pamięta, że jednym zdaniem może stracić tak wiele, np. twarz”.

[4] To wyraz bardzo potoczny, zarezerwowany dla nieformalnej komunikacji, np. wśród znajomych. W przestrzeni publicznej nie powinien gościć – ona potrzebuje kobiet i mężczyzn, a nie np. „kobit i facetów”. Na pewne kwestie czas i miejsce są zawsze, na inne – mamy limity. To zdrowe – także w języku.

[5] Zob. np. B. Walczak, Nazwy firmowe: priopria czy appellativa?, [w:] M. Czachorowska, Ł.M. Szewczyk (red.), Onomastyka polska a nowe kierunki językoznawcze. Materiały z XI ogólnopolskiej konferencji onomastycznej 15‒17 czerwca 1998 Bydgoszcz‒Pieczyska, Bydgoszcz 2000, s. 111‒122.

[6] Wielokrotnie w podobnym miejscu pada słowo „przysłowiowy”. Zauważ na przykładzie Vovo niepoprawność bądź nielogiczność tego wyrazu. Nie ma żadnego przysłowia z tą marką, czyli nie może być przysłowiowa. Gdyby nawet ono powstało, to jaki jest sens zgłaszać odbiorcy, że zaraz powiesz przysłowie. Czy w klubie fitness lub na basenie mówisz do pracownika obsługi: „Zaraz wyciągnę swoją kartę sportową”, czy po prostu ją wyciągasz i okazujesz? No właśnie!

[7] S. Surendra, Słownik ortograficzny jeszcze bardziej współczesnego języka polskiego, Poznań 2026.

[9] S. Surendra, Słownik ortograficzny…, s. 137.