Aktualności

20260614_200849

Z dr. Sebastianem Surendrą, językoznawcą i kulturoznawcą, autorem niedawno wydanego Słownika ortograficznego jeszcze bardziej współczesnego języka polskiego, rozmawiamy o ostatniej reformie ortograficznej. W tej części omówimy proces wchodzenia w życie tych zmian i to, kto… naprawdę coś o nich wie. W kolejnej rozmowie przyjrzymy się nowym zasadom.

Z początkiem tego roku weszły w życie zmiany w ortografii. Zarówno w okresie między ich ogłoszeniem przez Radę Języka Polskiego a rozpoczęciem ich obowiązywania, jak i po 1 stycznia 2026 r. w mediach – co warto podkreślić, także tych największych typu Onet, Interia – pojawiło się sporo wzmianek na ten temat, od ogólnych po bardziej szczegółowe. Mimo to mam wrażenie, że do wielu ludzi informacja o tych zmianach w ogóle nie dotarła. Jaki zdaniem Pana Doktora jest tego powód? Zupełny brak zainteresowania sprawami polszczyzny, tempo życia niepozwalające skupić się na wielu rzeczach? Może jeszcze coś innego? Chyba że ma Pan zupełnie inne obserwacje?

Mam takie same spostrzeżenia. Jeśli ostatnią reformę ortograficzną porównać do konia, to powiem tak: koń jaki jest, nikt nie wie (śmiech). Co do przyczyn – to szersze zagadnienie, daleko wykraczające nie tylko poza informacje o zmianach niektórych reguł ortograficznych, ale i w ogóle poza kwestie językowe. To bowiem dotyczy funkcjonowania i ludzi, i mediów. Nasuwa mi się kilka spostrzeżeń, przy czym od razu zastrzegę, że ich kolejność jest przypadkowa, nie wynika z określonego porządku, np. „od punktu najistotniejszego do tego mniej ważnego”. Nie oznacza to gloryfikowania nieładu (uśmiech). Wręcz przeciwnie: zachęcam do holistycznego podejścia, zgodnie z którym nie skupiamy się na wybranym zagadnieniu, ale patrzymy szerzej, łącząc fakty, szukając kontekstów. I z tego wynika to zestawienie.

Przechodząc do szczegółów tego, o czym rozmawiamy. To, że język stanowi element tożsamości, bo określa, kim jesteśmy, jako kto się postrzegamy, to obiektywny fakt, nie żadne zawodowe odchylenie językoznawcy (uśmiech). Ale skoro jest multum sytuacji, że i elementarna ogłada, i zakazy prawne przewidujące sankcje za ich łamanie wykluczają jakieś zachowanie, a część społeczeństwa ma to za nic i tak robi swoje (przykład: hałasy w mieszkaniach zakłócające ciszę nocną), to tym bardziej nic nie przekona pewnych osób, by zaczęły interesować się językiem. Ba, niektórzy bagatelizują problemy na własnym języku (narządzie), mówiąc: „do wesela się zagoi” i zapominając o tym, że wesela mogą być nawet cztery, ale jest i pogrzeb (śmiech). Im nie da się powiedzieć, że gramatyka, ortografia i interpunkcja mają znaczenie.

Kolejna grupa – część osób mogła raz czy drugi przeczytać w 2024 r. o zmianach wchodzących w życie za półtora roku, ale uznali, że skoro to jeszcze nie obowiązuje, to nie przywiązywali do tego wielkiej wagi i zupełnie wyszło im to z głowy.

Następna kategoria: ktoś związany z edukacją (także pośrednio, czyli np. rodzic uczącego się dziecka) dotarł do informacji, że Centralna Komisja Egzaminacyjna wprowadziła długi okres przejściowy, tzn. dopiero w 2031 r. zmiany ortograficzne zaczną obowiązywać na egzaminach, a do tego czasu za poprawne będą uznawane i reguły wcześniejsze, i nowe przepisy – uczeń ma wybór. Niektórzy z tego grona nogą rozumieć, że dla wszystkich użytkowników języka początek obowiązywania zmian to 2031 r. Inni zaś hołdują przekonaniu, że ortografia i interpunkcja mają znaczenie tylko w szkołach.

Podejrzewam, że są również osoby, które zerknęły na tekst o zmianach, zorientowały się, że znaczenie ma zaledwie kilka punktów, i sprawa przestała być dla nich istotna.

Zaznaczę: nie przeprowadzałem socjologicznych badań dotyczących stopnia przyswajalności informacji o zmianach w ortografii w polskim społeczeństwie (miarodajna weryfikacja nie jest tu możliwa), ale mocno przeczuwam, że z grubsza sytuacja właśnie tak wygląda.

Dodajmy do tego specyfikę odbioru współczesnych mediów oraz funkcjonowania w mediach społecznościowych.

Myśli Pan o bańkach informacyjnych skutkujących niereprezentatywnością pewnych treści i deficycytem innych?

Tak. Warto przy tym zastanowić się nad tym, jak one powstają. Są ludzie, którzy dobrowolnie zamykają się na treści choćby minimalnie różniące się od ich światopoglądu, sympatii. W różnych programach telewizyjnych wielokrotnie padało zdanie: „Lubię cię, bo się ze mną zgadasz”. W social mediach wiele razy trafiałem na tego typu wpisy i komentarze. Oczywiście życie to nie tylko Facebook, Instagram, TVN czy Polsat – na szczęście (uśmiech). Gorsza wiadomość: w „realu” nie jest lepiej. Ile osób, czy z kręgu koleżeńskiego, czy rodzinnego, na dobre (a w zasadzie na złe) skłóciły choćby inne sympatie polityczne? Wspólnota wartości jest czymś bardzo ważnym, tyle że zdrowa wspólnota nie ma nic wspólnego z homogenicznością.

Wiele osób ma ulubione jedno medium czy kilka wybranych – na inne ktoś sam sobie zakłada szlaban. No i gdy dane źródło pewnych treści nie porusza, to człowiek sobie trwa w nieświadomości. Ale świadomie sobie zgotował taki los, więc nie ma go co żałować.

Bardzo ważne są też algorytmy. Któż korzystający z mediów elektronicznych czy z mediów społecznościowych tego nie doświadczył? Czytamy o czymś raz, drugi i za chwilę wyświetlają nam się głównie materiały na ten temat. Taki przykład z ostatniego, wakacyjnego czasu: gdy trafiłem z dwa razy na artykuły na portalach opisujące bulwersujące zachowanie (przyczyna zawsze ta sama: alkohol) polskich turystów w samolocie czy na lotnisku, to kliknąłem, by przeczytać. Mijają godziny i wyświetla mi się sporo takich tekstów. Mojej żonie na jej komputerze nic takiego się nie pokazuje, bo nie przyzwyczaiła do tego algorytmu. Jestem – przynajmniej mam taką nadzieję (uśmiech) – świadomym odbiorcą mediów, więc wiem, że świat nie sprowadza się do tego, kto był nietrzeźwy w trakcie lotu, wiem też, że nie dotyczy to tylko Polaków. Ale ludzie są takich rzeczy coraz mniej świadomi, a mechanizmy algorytmów są coraz sprytniejsze.

Ze wspomnianą już kwestią „kto informuje?”, a także z bańkami informacyjnymi wiąże się coś jeszcze. Osoby regularnie korzystające z mediów elektronicznych nie wyobrażają sobie tego nie robić. Ale są przecież ludzie niekorzystający z różnych powodów z internetu. „Oknem na świat” wciąż jest dla nich telewizja, a zmiany w ortografii to nie do końca telewizyjny temat. Jest też rosnące grono osób, zwłaszcza z pokoleń Z i alfa, które wszelkie informacje czerpie z mediów społecznościowych. Wpływ influencerów na decyzje nie tylko zakupowe, ale czasem wręcz życiowe na obserwujących może być bardzo duży. Gdyby rzesze tiktokerów i instagramerów, oczywiście tych mających duże zasięgi, opublikowała rolki czy posty o zmianach w ortografii, to bez żadnych wątpliwości przekaz dotarłby do wielu ludzi, choć całkiem możliwe, że straciliby trochę członków społeczności – bo dla niejednego użytkownika mediów społecznościowych nie byłby to ciekawy temat.

Podsumowując jednym zdaniem: dostęp do wiedzy jest największy w historii, ale nie idzie za tym zwiększenie chęci korzystania z tego dobrodziejstwa.

Tych społeczno-kulturowych kontekstów jest bardzo wiele, co stanowi niezbity dowód tego, co Pan przypomina w swoich książkach, czyli że język i kultura tak ściśle i na tak różnych poziomach się łączą . Przejdźmy teraz do samych zmian. Zacznijmy od ich skali. W różnych materiałach pojawiało się słowo „rewolucja”. Czy według Pana jest ono właściwe?

Zdecydowanie nie jest. Mocno wpisuje się to w postępującą deflację pojęć – słowa przestają znaczyć. Gdy wszystko jest wielkie, luksusowe, ikoniczne, rewolucyjne, to tak naprawdę nic się nie wyróżnia.

Co do ortograficznej (r)ewolucji ważne zastrzeżenie. Dla językoznawcy, redaktora językowego, jak i dla każdego, dla kogo kultura języka ma olbrzymią – naprawdę olbrzymią, bez wspomnianej deflacji (uśmiech) – wartość, każda zmiana (ortograficzna, interpunkcyjna, fleksyjna itp.) to coś bardzo ważnego. Jeśli przez lata przypomina się użytkownikom języka, że trzeba pisać tak, a nie inaczej, to zmiana reguły stanowi coś bardzo istotnego. W takim znaczeniu możemy ewentualnie mówić o rewolucji. Tylko jest to jednak użycie słowa w bardzo szerokim znaczeniu, co osłabia siłę wyrazu.

A co wzmacnia moją tezę, że z żadną rewolucją nie mamy do czynienia? Liczby! Oto one: polska ortografia, licząc kategorie, podkategorie, reguły i wyjątki, to znacznie ponad 300 punktów. Interpunkcja z kolei to ok. 450 zasad, a zmian dokonanych przez Radę Języka Polskiego jest kilkanaście (wszystkie dotyczą ortografii). Mamy co najmniej 750 reguł, zmieniono kilkanaście – a nawet jeszcze mniej, bo kilka zmian poszerza możliwość zapisu, ale nadal można używać wcześniejszego wariantu – naprawdę przekonanie, że to rewolucja, jest intelektualnym ekscesem (uśmiech). Nie do zaakceptowania, gdy pada z ust osób zawodowo zajmujących się słowem, bo one muszą dbać, by sięgać po adekwatne wyrazy.

Za reformę ortograficzną odpowiada Rada Języka Polskiego. Z czego wynika tak doniosła rola tego organu?

Z mocy prawa, nie z woli ludu (uśmiech). RJP ma umocowanie ustawowe – w ustawie z dnia 7 października 1999 r. o języku polskim[1] tej instytucji poświęcono art. 12–14. Artykuł 12 ust. 1 rozpoczyna się następująco: „Instytucją opiniodawczo-doradczą w sprawach używania języka polskiego jest Rada Języka Polskiego […]”. Z kolei w art. 13 ust. 1 możemy przeczytać, że RJP „wyraża, w drodze uchwały, opinie o używaniu języka polskiego w działalności publicznej oraz w obrocie na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej z udziałem konsumentów i przy wykonywaniu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej przepisów z zakresu prawa pracy oraz ustala zasady ortografii i interpunkcji języka polskiego”.

RJP ma zatem pełne prawo zmienić zasady ortograficzne. Ma też prawo tworzyć oficjalne dokumenty w takim stylu, jaki uważa za właściwy. Pytanie retoryczne brzmi jednak: czy na pewno właściwe i zgodne z dobrymi obyczajami jest szczycenie się w kluczowym dokumencie własnymi kompetencjami?

Zaintrygował mnie Pan. Mógłby Pan rozwinąć ten temat?

Oczywiście. Niedopowiedzenia mogą być bowiem przydatne jako środek stylistyczny, ale są niedopuszczalne, gdy mówimy o faktach naukowych. Otóż w komunikacie z maja 2024 r., czyli tym, w którym RJP ogłosiła zmiany ortograficzne, przeczytamy: „Należy przypomnieć, że kompetencje Rady Języka Polskiego do ustalania zasad ortografii i interpunkcji są potwierdzone w art. 13 ust. 1 Ustawy z dnia 7 października 1999 r. o języku polskim (z późn. zmianami) i nie ma innej instytucji czy instancji, która by takie kompetencje posiadała”[2]. Wszystko to prawda. Ale prawdą są też słowa z Gry o tron: „Każdy człowiek, który musi powtarzać: «Jestem królem», nie jest prawdziwym królem” (śmiech).

Ustawy tworzone w parlamencie są lepsze i gorsze. Ale to, co akurat jest dobre w każdej – ani Sejm, ani Senat nie przypominają w żadnym paragrafie, jak są ważne w procesie tworzenia prawa.

Deficyt powagi nie bierze się z reguły z krytycyzmu jednostki czy grupy wobec jakieś instytucji, lecz np. z braku dystansu do siebie członków tegoż gremium.

Co do króla jeszcze, ale i deficytu powagi – w 2015 r. uczestniczyłem w konferencji naukowej, w czasie której w dyskusji głos zabrał znany profesor, który odgrywał wówczas na językoznawczej szachownicy pierwszoplanową rolę. W toku perory wprowadził figurę retoryczną konia – to był symbol tego, jakie znaczenie dla społeczeństwa mają najistotniejsi badacze. W pewnym momencie inna profesor bez ceregieli mu przerwała, mówiąc coś w stylu: „Niech pan przestanie, pan nie ma żadnego konia”. Pewnie po części było to skutkiem uczelnianych zaszłości tych naukowców, ale ta wypowiedź trafia w sedno.

Odwoływał się Pan do instytucji prawa, to zapytam o jeszcze jedną – o vacatio legis, czyli, jak odnotowuje Encyklopedia zarządzania, „okres pomiędzy uchwaleniem i ogłoszeniem aktu normatywnego, a jego wejściem w życie”[3]. To swoiste vacatio legis w przypadku zmian ortograficznych wyniosło półtora roku. Czy według Pana to właściwy termin? A może powinien być dłuższy lub krótszy?

W świetle tego, o czym już powiedzieliśmy, nie będzie zaskoczeniem ani to, że RJP napisała o tym w komunikacie, ani że uważa ustalony przez siebie termin za świetne rozwiązanie. Cytuję: „Aby dać wszystkim osobom oraz instytucjom, zwłaszcza wydawcom, autorom słowników i programów szkolnych, czas na przygotowanie się do nowej sytuacji, Rada postanowiła, że uchwalone zmiany zaczną obowiązywać od 1 stycznia 2026 r.”[4]. Przychodzi mi do głowy tytuł filmu sprzed wielu lat, który – tytuł, nie film (uśmiech) – wszedł do języka: Czy leci z nami pilot?

Wielu ludzi nie wie nic o procesie wydawania książek – i to jest całkowicie zrozumiałe, bo nikt nie zna się na wszystkim, a do tego są rzeczy, które ani nie śniły się filozofom, ani nie zaprzątają zaraz po wstaniu głowy zjadaczom chleba (uśmiech). Weźmy ten chleb jako przykład: człowiek chce znać cenę pieczywa, dobrze też, gdy przygląda się składowi, by wiedział, co je. Niektórych interesuje proces wypiekania chleba, ale naprawdę rzadko kto zachodzi w głowę nad szczegółami technicznymi pieca.

Jeśli ktoś nie pracuje w branży wydawniczej ani nie planuje wydać książki, to poszczególne etapy tworzenia publikacji czy specyfika konkretnego gatunku nie mają raczej dla niego znaczenia. Ale dla ludzi piszących czy wydających każdy detal jest ultraważny. Z cytowanego fragmentu komunikatu wypływa smutny wniosek: dbałość nie o tylko o szczegóły, ale wręcz o fundamenty pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Zwróćmy bowiem uwagę na podstawowe fakty. Po pierwsze, książka popularnonaukowa czy naukowa – a takie są właśnie słowniki ortograficzne – to nie jest np. powieść kryminalna. Remigiusz Mróz może wydawać nową książkę nawet co miesiąc i to podgrzewa emocje jego wiernych czytelników. Książka popularnonaukowa tłumaczy coś czytającym, co ma im się przydać na dłużej. Oczywiście po kilku latach, w miarę nowych odkryć w nauce, spostrzeżeń autora pojawiają się czy to nowe wydania, czy zupełnie nowe publikacje. Dziedziny związane z nowymi technologiami rozwijają się tak szybko, że tekst opublikowany dziś może częściowo zdezaktualizować się za tydzień, to samo dotyczy geopolityki i wielu innych dziedzinach. Ale kwestie językowe mają swój bieg – inny. Język zmienia się szybko, ale bez przesady (uśmiech).

Autorzy i wydawcy słowników ortograficznych nie zakładają, że wydana za niemałe pieniądze publikacja będzie w pełni aktualna tylko przez półtora roku czy dwa lata. A bez wątpienia w samym 2024 r., ale przed ogłoszeniem zmian w maju, wydano niejedną pozycję przybliżającą polską ortografię.

Wygląda na to, że twórcy komunikatu Rady Języka Polskiego myśleli przede wszystkim o książkach, które powstaną w okresie między ogłoszeniem zmian a wejściem ich w życie, a nie o tych, które napisano wcześniej.

Zapewne tak. Ale niezwracanie uwagi na szerszy kontekst zawęża obraz. Patrzenie przez dziurkę od klucza to coś innego niż otwarcie drzwi.

Jest jeszcze coś zdumiewającego. Komentatorzy sportowi powiedzieliby: „Miał być hit, wyszedł kit” (uśmiech).

Zamieniam się w słuch…

Przypomnijmy kalendarium: 10 maja 2024. – ogłoszenie zmian w ortografii; 1 stycznia 2026 r. – wejście ich w życie. No i nadchodzi 7 listopada 2025 r. RJP wydaje komunikat: „Informujemy, że na podstawie decyzji z 27 października 2025 r. Rada postanowiła o wycofaniu zmiany dotyczącej wariantywnej pisowni wielowyrazowych nazw geograficznych, w których drugi człon jest rzeczownikiem w mianowniku (np. cieśnina Bosfor lub Cieśnina Bosfor). Decyzja o wycofaniu tej zmiany jest podyktowana troską o stabilność pisowni nazw geograficznych, zwłaszcza w obszarach podlegających standaryzacji urzędowej. W związku z wycofaniem zmiany pisownię wielowyrazowych nazw geograficznych regulują dotychczasowe zasady, zgodnie z którymi wyraz gatunkowy stojący przed nazwą w mianowniku pisany jest małą literą (np. cieśnina Bosfor)”[5].

Czyli tak: ktoś zaczął pisać słownik ortograficzny po 10 maja 2024 r., mógł już nawet być druk, po czym RJP zmienia własne postanowienie. To jest właśnie wspomniany wcześniej deficyt powagi. Jasne, autor i wydawnictwo dochowali 100-proc. rzetelności, a ta jedna zmiana nie przekreśla w żaden sposób wartości książki. Ale nie powinno dochodzić do takiej sytuacji – to lekceważenie czyjejś pracy, czasu, pieniędzy.

Podsumowując: półtoraroczne vacatio legis było absolutnie za krótkie. Centralna Komisja Egzaminacyjna wydłużyła ten czas o pięć lat i to jest znakomita decyzja. Tylko pamiętajmy: decyzja CKE dotyczy tylko uczniów. Warto pamiętać, że każdy był kiedyś dzieckiem (nawiązując do słynnego cytatu z Małego Księcia), warto też mieć w sobie dziecięcą radość (uśmiech), ale nie można udawać kogoś, kim się (już) nie jest.

Warto pamiętać coś jeszcze: organy i ludzi trzeba szanować, ale nie można podchodzić bezkrytycznie do ich decyzji, zwłaszcza tych błędnych czy budzących duże wątpliwości. Z bezrefleksyjnej czy bezkrytycznej mąki chleba nie będzie (uśmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Pytania zadawała P.M. Wiśniewska

[1] https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU19990900999/U/D19990999Lj.pdf [dostęp: 6.07.2026].

[2] Komunikat Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN z dnia 10 maja 2024 r., https://rjp.pan.pl/12365/ [dostęp: 6.07.2026].

[3] Vacatio legis, https://mfiles.pl/pl/index.php/Vacatio_legis [dostęp: 6.07.2026].

[4] Komunikat Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN z dnia 10 maja 2024 r.

[5] Komunikat Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN z dnia 7 listopada 2025 r., https://rjp.pan.pl/komunikat-rady-jezyka-polskiego-przy-prezydium-pan-z-dnia-7-listopada-2025-r/ [dostęp: 6.07.2026].

S. Surendra: Słownik ortograficzny współczesnego języka polskiego z poradnikiem

S. Surendra: Poradnik językowy prosto pisany

S. Surendra: Portal internetowy – źródło wiedzy czy błędu? O mediach wczoraj, dziś i jutro

S. Surendra: Słownik ortograficzny jeszcze bardziej współczesnego języka polskiego